oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

(aut. Izabela Szymańska - Gazeta Wyborcza 6.07.2007; dps.pl 10.07.2007)

 

Sześciu emerytów w sobotę wpuści do swoich mieszkań tłum zupełnie obcych ludzi

Wiesława Chochrowska: - Mam trójkę dzieci, wnuki, prawnuczkę. Nie chcę być dla nich ciężarem. Odwiedzają mnie, ale zapracowani są. Syn daleko mieszka, daleko. W WołominiePani Maria: - Ja sama jestem ciekawa: kto tu przyjdzie? Czego będą chcieli się dowiedzieć?

Stefania Wiśniewska: - Zawsze pracowałam z ludźmi, ale mam tremę przed tym spotkaniem.

Wiesława Czochrowska: - Zgodziłam się, bo jestem otwarta, lubię ludzi.

Halina Duczmal-Pacowska: - Nie szukam rozgłosu, ale staram się być życzliwa.

Maria i Kazimierz Piechotek: - Nie odmawiamy. Powstaje też o nas film. Ponoć jesteśmy jedyni w Polsce, którzy są małżeństwem 63 lata.

Troje dwudziestokilkulatków zapaliło się, żeby młodzi spotkali starszych. Z Muzeum Powstania Warszawskiego organizują projekt "Retransmisja". W sobotę specjalny busik zawiezie chętnych do domów emerytów. Żeby porozmawiać, posłuchać. Pojechałam pierwsza.

Przystanek 1: Najmniejsze Muzeum Świata

- Wejdź, dziecko - zaprasza drobna 84-letnia Halina Duczmal-Pacowska, otwierając przeszklone drzwi. W jej ciasnym mieszkaniu w bloku na Służewie mieści się Najmniejsze Muzeum Świata. Jeden pokój zajmuje wystawa, w drugim, mniejszym, mieszka. - Z rzeczami to tylko kłopot. Gdybym miała działkę, to martwiłabym się, jak na nią dojadę. Gdybym miała samochód, to martwiłabym się, gdzie go postawię. A gdybym była milionerką, to martwiłabym się, że ktoś mnie okradnie. A tak to nie mam się o co martwić.

Po śmierci męża zrobiłam Najmniejsze Muzeum Świata. Pokazuję w nim prace moich studentów. Na Uniwersytecie Trzeciego Wieku prowadzę seminarium z twórczości. Jestem doktorem historii nauk o ziemi, ale mam też tytuł artysty plastyka. Na zajęciach gimnastykujemy umysł poprzez twórczość, malujemy bez modela. Czasami zapraszam prelegenta - pani Halina wychodzi do drugiego pokoju. - Pokażę ci coś...

Wraca z wydrukowanymi kartkami z komputera. - Sama prowadzę taką akcję: dialog starszych ludzi z młodymi - DSM. Seminarzyści z Uniwersytetu Trzeciego Wieku współpracują z gimnazjalistami z Kuklówki. Spotykamy się, dyskutujemy, pokazujemy im uczelnie w Warszawie, żeby widzieli, jakie mają możliwości. Zainteresowała się tym Szwecja i pojechaliśmy tam.

Pani Halina pokazuje ksero artykułu o nich ze szwedzkiej gazety.

- Starsze osoby traktuje się z pobłażliwością. A my chcemy pokazać, że starsi mogą być aktywni. Na emeryturze jestem 24 lata. Nauczyłam się esperanto, szwedzkiego, koresponduję w tych językach, tłumaczę. Teraz zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. Z samouczka. Dziesięć minut dziennie. Co to jest dziesięć minut? Po 2,5 roku zaczynam podręcznik dla zaawansowanych. Mam taką dewizę: kto narzeka, ten się starzeje.

Pani Halina głaszcze mnie po policzku i odprowadza do drzwi.

Przystanek 2: Koleżanka dziennikarka

- Pani jest nową pielęgniarką? - wita mnie pani Maria. Jest najstarsza z uczestników "Odwiedzin". Zakłada rurkę, która podłączona do aparatury pomaga oddychać. - A, z "Gazety". Widzisz, koleżanko - byłam dziennikarką, więc mogę mówić do ciebie: koleżanko - wiele lat pracowałam w "Przyjaciółce". Było to pismo społeczne. Przychodziły setki listów dziennie. Na podstawie faktów pisaliśmy opowiadania. Na końcu dołączaliśmy porady: jak zachować się w takiej sytuacji. Na początku lat 50. napisała do nas pani, która leczyła się u znachora z bezpłodności. Miała guza macicy, a znachor w czasie drogich wizyt przepisywał tylko zioła. Musieli wyciąć jej narządy rodne. Inne kobiety leczył tak, że zaciągał je do stodoły i tam zapładniał. Pojechałam, udawałam, że jestem pacjentką - zorientował się . Zamknął drzwi i groził, że nie wypuści, dopóki nie powiem, że nic nie napiszę. Obiecywał mi za to pół świniaka. Kiedy opublikowaliśmy tekst, wytoczono mu sprawę. Dostał wysoki wyrok. Teraz jestem w sekcji seniorów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Do mieszkania wchodzi mocno opalona dziewczyna. - To Lena, Ukrainka, mieszka ze mną. Nie chcę być sama, ktoś musi mi posprzątać, zrobić zakupy. Mam syna. Często mnie odwiedza, ale nie chcieliśmy mieszkać razem. Przychodziła też do mnie wolontariuszka, która skatalogowała mi książki. Później nauczyła obchodzić się z komputerem: pisać, stawiać pasjansa. Na co dzień odwiedza mnie wiele osób, nawet czasami za dużo, nie mam dla nich czasu.

Pani Maria wskazuje na wypełniony tygodnikami stojak na gazety. - Dużo czytam, z prasy robię wycinki dla znajomych. Kilka lat temu myślałam, żeby zrobić pismo dla starszych osób. Był już nawet pomysł, redakcja. Ale nie było pieniędzy. Teraz nie ma takiej potrzeby. Dużo mówi się w mediach o starszych ludziach. Kto by to kupował? Starzy ludzie nie chcą myśleć, że są starzy. Zmienia się też stosunek do nas. Kilka lat temu pielęgniarki w szpitalach mówiły: "Babciu!". Jaka tam ja dla niej babcia?! Teraz mówią: "Proszę pani".

Przystanek 3: Robi się coraz luźniej

- Pada deszcz? - pyta pani Stefania Wiśniewska, kiedy widzi, że trzymam w ręku parasolkę. Ma 76 lat. - Ja rzadko wychodzę. Mam problemy z kolanami, po domu chodzę o kulach, na dworze muszę jeździć na wózku. Ale nie narzekam. Trzy razy w tygodniu, na dwie godziny, przychodzi pan z opieki społecznej. Sprząta, robi zakupy i już mój czas się kończy, musi iść do następnej osoby. Rzadko wychodzimy na spacer.

Pani Stefania chodzi powoli, ale mówi z werwą. Na ścianach pokoju wiszą pocztówki z Japonii. - Tam nie byłam, ale widziałam Hongkong. Dużo jeździłam po świecie. Pracowałam w Centrali Handlu Zagranicznego. A w latach 70., 80. w weekendy i w czasie urlopów byłam pilotką zmotoryzowanych wycieczek. Spotykaliśmy się na przejściu granicznym, rozdawałam im mapy i umawialiśmy się np. na kolację w inny mieście. Sylwestra spędziłam kiedyś w Baku, widziałam Jugosławię, Węgry, Bułgarię, Austrię. Za każdym razem nowe osoby. Czasami zabierałam syna. Było dużo ludzi wokół mnie. A teraz robi się coraz luźniej, luźniej... Syn w 1986 roku pojechał na wycieczkę do Włoch i już nie wrócił. Wyemigrował do Kanady. Ale nie narzekam. Ostatnio był dwa lata temu. Na Wigilię chodzę do kościoła na kolację dla samotnych. Mam dalszą rodzinę... Proszę pani, w Wigilię to każdy chce być w domu. A oni musieliby po mnie przyjechać, a po kolacji odwieźć. Rozumiem. Ale nie narzekam. Wolontariusze z Małych Braci Ubogich dotrzymują mi towarzystwa, zabierają na wycieczki. Na początku nie chciałam jechać, robić kłopotu. Okazało się jednak, że mają specjalne busy przystosowane dla osób niepełnosprawnych. W tamtym roku byłam 11 dni we Francji, w tym też jadę. Trenuję umysł. Rozwiązuję krzyżówki i wysyłam hasła.

Pani Stefania pokazuje pudło pod stolikiem i mówi: - To jest suszarka do warzyw i owoców. Wygrałam też kosmetyki, aparat cyfrowy. Czy ja nie za dużo mówię? Kiedy na co dzień jest się samemu, to jak przyjdzie ktoś, to się dużo mówi. Już pani idzie? Ciastem się pani nie poczęstowała...

Przystanek 4: Zmienić pościel?

Duży zielony ogród. W środku duży biały budynek. Dom Pomocy Społecznej Budowlani przypomina kurort. - A, do pani Wiesi! - uśmiecha się portierka.

- Jestem tu sześć lat. Sama chciałam - zaznacza już na początku 76-letnia Wiesława Czochrowska. - Wcześnie poszłam na rentę i pracowałam jako wolontariuszka w różnych domach opieki. Nic nie powiedziałam dzieciom i wysłałam podanie. Przyszłam pełna energii, nadziei na kontakt z innymi. To minęło.

- Zmienić pościel? - przerywa naszą rozmowę pani sprzątaczka.

- Widzi pani? Tu wszystko robią za nas. To odbiera inicjatywę ludziom w sile wieku. Czasami jak zajrzę do kogoś do pokoju, to widzę, że siedzi i patrzy przed siebie. Ale ja bez makijażu nie wychodzę nawet śmieci wyrzucić.

Pani Wiesława pokazuje zdjęcia, które stoją na szafce.

- Mam trójkę dzieci, wnuki, a nawet już prawnuczkę. Nie chcę być dla nich ciężarem. Odwiedzają mnie, ale zapracowani są. Syn daleko mieszka, daleko. W Wołominie.

Dzwoni telefon.

- To pani psycholog. Pomaga mi, bo ja zajmuję się sprawami artystycznymi. Co poniedziałek robię spotkania. Jest herbata, ciastka. Opowiadam różne artykuły, książki, które wcześniej przeczytałam. Ostatnio mówiłam o carycy Katarzynie II. Czasami uda się zaprosić kogoś ciekawego. Była pani, która pokazywała, jak robi się origami. Kiedyś wystawialiśmy sztuki. Ale bywa problem z zapamiętaniem tekstu.

Rozglądam się po pokoju. Na ścianach wyhaftowane obrazy, nad łóżkiem zdjęcie Marilyn Monroe. - Zajmuję się haftem krzyżykowym. Nie projektuję, tylko wykonuję. O, tu Renoir, konie Kossaka. Miałam kilka wystaw. Maluję, czasami piszę wiersze. Bardzo lubię operę, teatr. Ale chodzę coraz rzadziej. Z Woli jest daleko. A w teatrze przejścia między rzędami są wąskie. Mam problem z biodrem. Jak usiądę, to muszę mieć miejsce, żeby wyprostować nogę. Pani Ania, z "Retransmisji", zabrała mnie do teatru Krystyny Jandy na "Boską". Siedziałam w pierwszym rzędzie, dali mi poduszki, żeby było wygodnie. To cudowna sztuka! Była pani? A widziała pani chłopców w szatni? Tacy ładni! Wysocy, szczupli, w garniturze. Dziękowali, że przyszłam, zapraszali ponownie. Chciałabym, żeby po tym projekcie znalazł się ktoś młody, kto będzie mnie odwiedzał.

Przystanek 5: Szczęście

Dzwonię do drzwi białego domku na Bielanach - odzywa się pies. Po chwili otwiera drobna 87-letnia Maria Piechotek. Razem z jej mężem, jak ona emerytowanym architektem, panem Kazimierzem siadamy w salonie. - Sami go zaprojektowaliśmy. W "naszych" domach mieszka w Warszawie 30 tys. osób. Zawsze pracowaliśmy razem, oboje podpisywaliśmy się pod pomysłami. Staramy się cały czas być aktywni intelektualnie. Zajęliśmy się historią architektury, piszemy książki, porządkujemy projekty. W księgach parafialnych szukamy informacji o historii naszej rodziny. Odeszliśmy z zawodu, bo nie nadążamy za rozwojem techniki.

Pani Maria wskazuje na stojącą na półce lampkę naftową. - Kiedy byłam w szkole podstawowej, to odrabiałam przy niej lekcje. Wtedy było tylko takie światło, a dziś! Od wojny technika bardzo poszła na przód. Teraz projektuje się na komputerze, są nowe sposoby budownictwa. Wiemy o nich, bo nasi dwaj synowie też są architektami. Mieszkamy z jednym synem. Drugi, co tydzień, w niedzielę, przychodzi do nas z wnukiem.

- Opowiadacie mu państwo o swoim ślubie?

- Tak. Synom też opowiadaliśmy. 30 sierpnia 1944 roku. Kościół był w połowie spalony. Wchodziło się do niego przez deskę postawioną przy oknie.

Pani Maria: - Miałam sukienkę, w której zastało mnie Powstanie, buty pożyczyłam od koleżanki, cztery numery za duże. Bukiet z petunii był osmalonych dymem. Na uczcie weselnej w hali operacyjnej głównej kwatery AK jedliśmy puszkę pasztetu końskiego, bochenek chleba i butelkę wódki. Przed ślubem byliśmy razem cztery miesiące. Powstanie rozdzieliło nas na miesiąc. Ta obawa o życie drugiej osoby, lęk, czy kiedyś spotkamy się, były tak silny, że kiedy odnaleźliśmy się, to postanowiliśmy chociaż formalnie być razem.

Pan Kazimierz: - Dzięki temu do obozu jenieckiego też poszliśmy razem.

Pani Maria: - Muszą spotkać się dwie osoby, które mają podobny system wartości, zainteresowania. Muszą chcieć razem działać, myśleć nie: ja i on, a: my, uzupełniać się, mieć do siebie nieograniczone zaufanie. No i muszą bardzo się kochać.

- Wzięliśmy ślub i już tak zostało - śmieje się pan Kazimierz i już poważnie dodaje: - Jesteśmy nietypowi, bo mamy szczęśliwą starość.