zamknij [x]
oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Koniec z biciem

Kto jest odpowiedzialny za brak kontroli nad Rodzinnym Domem Dziecka w Gdańsku Oliwie, należącym do Fundacji "Rodzina Nadziei"?

Jak ujawniliśmy, w tym domu dochodziło do przypadków bicia wychowanków. Dlaczego przez lata opiekę nad dziećmi powierzano niekompetentnym osobom? Jak kontrolowane są inne gdańskie placówki, gdzie przebywają dzieci?

- Nam to kontroli nie brakuje - twierdzi Krzysztof Strycharski, wraz z żoną Henryką Krzywonos-Strycharską prowadzący Rodzinny Dom Dziecka. - Sprawdzają nas MOPS, Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy, Sąd Rodzinny, od czasu do czasu odwiedza nas kurator, piszemy sprawozdania... Poza tym automatycznie jesteśmy pod nadzorem pedagogów ze szkół, do których chodzą dzieci...

Mimo zmasowanych kontroli, placówka Strycharskich jest normalnym domem.

- Tworzymy rodzinę - mówi pan Krzysztof. - Opiekujemy się dzieciakami przez całą dobę. Kochamy je. A tam, gdzie jest miłość, problemów nie rozwiązuje się przemocą.

Pracowników MOPS zaskoczyło stwierdzenie Urszuli Burtowicz, inspektora Wydziału Polityki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego, że pracy pedagogicznej Fundacji "Rodzina Nadziei" powinien przyglądać się Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej.

- Bardzo byśmy chcieli mieć ku temu uprawnienia, ale to niemożliwe - mówi Sylwia Ressel, rzecznik MOPS. - Nadzór opiekuńczo-wychowawczy nad domem rodzinnym fundacji podlega organom wojewody. Określa to rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej z 29 sierpnia 2000 r. i ustawa o pomocy społecznej. Zgodnie z rozporządzeniem, do urzędników wojewódzkich należy nadzór wychowawczo-pedagogiczny nad placówką, w tym m. in. badania zasadności pobytu dziecka, przestrzeganie standardów usług opiekuńczo-wychowawczych oraz przestrzeganie praw dziecka.

Dziwi też postawa szkoły, do której chodził Damian, chłopiec pobity w placówce przy ul. Grottgera. Prosząca o anonimowość pani psycholog z tej szkoły z uznaniem wypowiadała się o pracy fundacji. Jednak w dostarczonym na policję "Zeszycie raportów" (wypełnianym przez wychowawców z oliwskiej placówki) można przeczytać, że Damian skarżył się w szkole, iż jest głodzony i bity. Nauczyciele nie potraktowali poważnie skarg chłopca i przekazali jedynie informację o nich... jego wychowawcom. Tymczasem w domu przy ul. Grottgera sytuacja wraca do normy.

- Osoby, co do których były zastrzeżenia, już tu nie pracują - powiedział nam wczoraj "dziadek" Eugeniusz, jedyny opiekun akceptowany przez wychowanków. - Dzieci są zadowolone, że zostały ze mną. I jest spokój.

Zobacz też: