zamknij [x]
oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Umieranie w Zaciszu. Skandalicznie zła opieka nad starszymi prowadzi do tragedii

W podłódzkim domu opieki Zacisze zmarła pacjentka, której nikt nie dał jeść ani pić. Zacisze to nie wyjątek, to norma - mówi dyrektor pogotowia

Willowa część podłódzkiego Konstantynowa. Dwupiętrowy dom typu klocek nie wyróżnia się spośród innych. Stoimy we dwóch - dziennikarz i lekarz z 20-letnim stażem Jerzy Figat. Na domu opieki Zacisze żadnego szyldu, jeśli nie liczyć: "Uwaga, zły pies!".

Pani w kuchennym fartuchu podchodzi do furtki. Mówimy, że szukamy domu dla naszej 70-letniej, schorowanej cioci. Czy są miejsca? Są, kobieta zaprasza do środka.

Uwaga schody

Na lewo zagracony pokoik - to biuro. Kobieta pyta, czy ciocia nie jest agresywna. Nie jest, więc ustalamy szczegóły.

Kobieta recytuje: - Miesięcznie 1100 zł. Całodobowa opieka pielęgniarska, konsultacja lekarza dwa razy w tygodniu, cztery posiłeczki dziennie, pranko i pielęgnacja. No i miła atmosferka. Leki i pampersy trzeba kupować dodatkowo.

Pora zobaczyć, gdzie ciocia zamieszka. Na piętro prowadzą wąskie, strome schody (tabliczka "uwaga schody"). Ciasne pokoje ze starymi, szpitalnymi łóżkami, brudna pościel. Duży pokój to świetlica i gabinet zabiegowy w jednym - tu szafka z lekami i parawan, a obok dwie staruszki wpatrują się w wyłączony telewizor.

Ze świetlicy drzwi na taras. - Tu latem wychodzą podopieczni - mówi nasza przewodniczka. - Można się poopalać, są parasoleczki. Ale teraz już po sezonie i drzwi zamknięte [na dworze ok. 25 stopni - red.]. Do ogrodu na dole chorzy nie wychodzą.

Próbujemy zagadnąć pensjonariuszy, ale bez efektu. Ubrani w pidżamy lub swetry, apatyczni, nie reagują na obcych.

Wychodząc, mamroczemy pod nosem, że jeszcze się zastanowimy, przemyślimy, zadzwonimy.

Natychmiast zamknąć!

Mówi dr Jerzy Figat: - Normalny gułag. Nie spodziewałem się, że można stworzyć taki "dom opieki". Warunki urągają podstawowym zasadom bezpieczeństwa starszych ludzi. Brak windy - strome schody bez bezpiecznej poręczy. Ciężko po nich sprowadzić starszą osobę, nie wiem, jak sama miałaby zejść na dół. Próba zniesienia na noszach to byłaby akrobacja. W praktyce ci ludzie są uwięzieni na swoich piętrach.

W całym domu wyraźnie czuć odór moczu. Pożal się Boże sanitariat - żadnych uchwytów czy mat antypoślizgowych. Prysznic nieprzymocowany do ściany. Jak zniedołężniały człowiek ma się tam umyć?! Zresztą oni sprawiali wrażenie niedomytych.

Czy ci ludzie nie byli aby pod działaniem jakichś leków uspokajających? Obojętni, nieobecni. Zero możliwości wyjścia na dwór! I każe im się czekać do lata na otwarcie tarasu.

Nie mam słów. Gdybym miał taką władzę, natychmiast bym to zamknął. Przecież to nie jest fabryka guzików!

Pan Józef

Ojciec Katarzyny Piasecznej z Bełchatowa - pan Józef - ma 74 lata i cierpi na chorobę Alzheimera. Po trzech dniach w Zaciszu zostały mu blizny na rękach i głowie. - Popatrzcie - pani Katarzyna pokazuje zdjęcia sprzed pół roku. Sina połowa twarzy, zapuchnięte oko, krwiaki na rękach.

Pani Katarzyna opowiada: - Oddałam tam ojca w kwietniu, bo robiłam w domu chrzciny. A to wiadomo - zamieszanie, dużo ludzi. Dla taty stres i dla nas kłopot. Zacisze znalazłam z ogłoszenia. Zawiozłam ojca, zapłaciłam 150 zł za trzy dni, dałam leki, zostawiłam nr telefonu. Mówię: dzwońcie, jakby coś się działo. Tymi schodami byłam zaniepokojona, bo tata lubi pochodzić, nawet w nocy. Uspokajali, niech się pani nie martwi, są pielęgniarki. Przyjechałam po trzech dniach, a tu szok. Tata pozaklejany plastrami, zakrwawiony, na jedno oko nie widzi, siedzi bezwolnie na taborecie, jakby był na prochach. Na ręku rana do żywego mięsa. Ja w krzyk: co się stało, dlaczego nie zadzwoniliście, czy był lekarz?! Nie zadzwonili, bo przecież nic się nie stało. Tata tylko upadł. Lekarza nie wezwali, bo nie było potrzeby. To ja ojca w samochód i na policję. Złapali się za głowę. Kazali złożyć doniesienie o przestępstwie.

Jeszcze tego samego dnia pani Katarzyna skontaktowała się z właścicielem Zacisza. Przyjechał, obejrzał staruszka. Za "nierobienie zamieszania" zaproponował kamerę wideo. - Odmówiłam. Chcę zamknąć tę budę.

Pan Józef przysłuchuje się naszej rozmowie. Kiedy córka opowiada o wypadku, ożywia się, mówi coś podniesionym głosem, pokazuje na rękę i głowę.

Kilka dni temu do Katarzyny Piasecznej z Bełchatowa przyszło postanowienie prokuratury o umorzeniu postępowania w sprawie obrażeń jej ojca. Prokurator nie dopatrzył się przestępstwa.

Gmina wpisała i już

Przedsiębiorstwo Usługowe "Zacisze" zarejestrowane zostało w gminie Konstantynów Łódzki. Wiesław Pękala zgłosił w lutym 1999 r działalność gospodarczą tak, jak zgłasza się handel cementem czy budkę z hot dogami. W rubryce "charakter działalności" napisano: "opieka nad chorymi i starszymi".

- I już? - pytamy.

- I już - mówi Bernard Cichosz, rzecznik burmistrza Konstantynowa. - Działalność gospodarcza prowadzona jest zgodnie z wpisem.

Urzędnicy nie sprawdzali, co dzieje się w Zaciszu, ale rzecznik zapewnia, że wszystko jest w porządku. - Opiekę zapewniają lekarze i pielęgniarki. Lekarze nie wiem, czy na stałe, ale pielęgniarki tam są.

Nawet zresztą gdyby jakieś sygnały były, urząd - zdaniem Cichosza - nie może zabronić wpisanej do rejestru działalności, wpisu też wykreślić nie wolno.

- Najwyżej możemy powiadomić policję - mówi rzecznik.

Pani Genowefa

Maria Pawłowska z Łodzi mówi, że trudna sytuacja rodzinna zmusiła ją dwa lata temu do umieszczenia mamy w domu opieki. Pani Genowefa (wówczas 75 lat, zaawansowany alzheimer) trafiła do Zacisza. - Gdy jechałam do mamy bez zapowiedzi, znajdowałam ją nieumytą, niedbale ubraną. Raz mimo gorąca miała na sobie trzy swetry. Upominałam pielęgniarki, pytałam, czemu mama ma brudne włosy, nieobcięte paznokcie. Uspokajały, że "mama była kąpana przedwczoraj".

Lipiec tego roku, upał. Wezwanie do łódzkiego pogotowia ratunkowego: - Konstantynów, prywatny dom pomocy społecznej.

Lekarz: - Zastałem chorą bez kontaktu słownego, w stanie ciężkim. To było skrajne odwodnienie. Objawy: wysuszona skóra, wysuszony język, niskie ciśnienie. To musiało trwać minimum dwie-trzy doby. Pacjentka nie piła, nie była nawadniana, prawdopodobnie nie jadła.

Karetka zawiozła panią Genowefę do szpitala, ale było za późno. W nocy zmarła.

Zacisze jest dobrze znane łódzkiemu pogotowiu. - Częste wezwania - mówi dr Janusz Morawski, wicedyrektor stacji. - Kilkakrotnie do złamań szyjki kości udowej. Wynik przewrócenia się staruszka. To znaczy, że opieki tam nie ma.

W Zaciszu nie ma na stałe lekarza. 11 pacjentami zajmuje się pielęgniarka, dwa razy w tygodniu zagląda dr Juliusz Kamerys z miejscowej przychodni. Mówi, że gdy pierwszy raz poszedł do Zacisza, miał złe wrażenia. Pytamy, czemu nie alarmował. Długa cisza.

O śmierci pani Genowefy nie ma nic do powiedzenia - był wtedy na urlopie.

Śledztwo trwa

Lekarz, który zawiózł umierającą panią Genowefę do szpitala, napisał notatkę służbową. Dyrektor pogotowia zawiadomił prokuraturę. Ta rozpoczęła śledztwo w sprawie "narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu".

Ewa Wiśniewska, zastępca prokuratora rejonowego w Pabianicach: - Przesłuchaliśmy część świadków, czekamy na dokumenty medyczne. Na razie nie przedstawiliśmy zarzutów.

Wyniki sekcji zwłok nadejdą na dniach.

Zacisze zaprasza

Właściciel Przedsiębiorstwa Usługowego "Zacisze" nie zgadza się na spotkanie.

- Jak się sprawa wyjaśni, możemy porozmawiać. Nawet jak mnie zamkną, to mnie znajdziecie na Smutnej [siedziba aresztu - red.].

Pytamy o śmierć pani Genowefy. - Nie jestem lekarzem, na medycynie się nie znam.

A pan Józef z Bełchatowa?

- Przypadek rządzi wszystkim, a u mnie były dwa takie przypadki...

Wiesław Pękala nadal ogłasza się w mediach. Chętnym wręcza wizytówkę, na której pielęgniarka głaszcze po ręce uśmiechniętego, starszego pana leżącego na łóżku.

Nazwiska części bohaterów zostały na ich prośbę zmienione.