zamknij [x]
oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Dramat starszych osób więzionych w domu starców w Białej pod Częstochową. Ani prokuratura, ani urzędnicy wojewody nie dowierzają pensjonariuszom, że dzieje się im krzywda

Dom w Białej prowadzi Stowarzyszenie św. Brata Alberta (nie ma nic wspólnego ze słynnym stowarzyszeniem prowadzącym noclegownie dla bezdomnych). Ma status niepublicznego ZOZ-u. Oficjalnie kierownikiem ośrodka jest pediatra z miejscowego ośrodka zdrowia. Faktycznie domem kieruje 29-letni Marek N., szef stowarzyszenia, pięć lat temu skazany za uprowadzenie i uwięzienie dwóch kobiet w innym swoim domu starców.

N. do domu w Białej nie wpuszcza dziennikarzy. Dramaty jego podopiecznych znamy z zeznań w prokuraturze, relacji nielicznych starszych osób, które miały gdzie uciec, oraz od byłych pracowników.

O nich nikt się nie upomni

Marian K.-S. uciekł z domu w Białej po zaledwie dwóch miesiącach. Poszedł z doniesieniem do prokuratury. Twierdzi, że N. więził starsze osoby, zabierał im pieniądze, ograniczał pomoc lekarską.

Według jego relacji Marek N. wybiera osoby żyjące samotnie - takie, o które nikt się nie upomni, które czekają w kolejce do państwowego domu opieki nad starszymi.

- Okrada ludzi nie tylko za życia - opowiada. - Po śmierci odbiera ubezpieczenia pensjonariuszy. Kiedyś miał jechać do innego miasta po chorego. Przed wyjazdem mężczyzna zmarł. N. mówił wściekły: "Szkoda, że tak się pospieszył, miał wysoką emeryturę i ubezpieczenie". Prokuratura wszczęła śledztwo. Inne wcześniejsze doniesienia oddalała.

Irena G. z Sosnowca oddała do domu w Białej obłożnie chorą matkę. Gdy dowiedziała się, że stan starszej pani pogorszył się, pojechała tam, by się nią opiekować. Kilkudniowy pobyt wstrząsnął nią tak, że poskarżyła się do urzędu wojewódzkiego i do prokuratury.

Urzędnicy nie znaleźli jednak dowodów na znęcanie się nad pensjonariuszami. Mieszkańcy domu, chociaż opowiadali Irenie G. o biciu, w prokuraturze nie potwierdzili tego. Matka Ireny G. nie mogła zeznawać ze względu na postępującą miażdżycę.

Jeden trzymał, drugi zdejmował

Pracownicy domu zeznawali, że wszystko jest w porządku. Dopiero gdy N. ich zwalniał z pracy, decydowali się mówić.

Ireneusz Respondek (wyrzucony na początku 2003 r.): - Jeść tam nie brakuje, ale ludzie śpią na korytarzach. Ośrodek jest przygotowany dla trzydziestu kilku osób, a jest ich ponad 50. Za mało personelu. Ci, którzy się lepiej czują, śpią na łóżkach piętrowych w sześcioosobowych pokojach. Pensjonariuszy karze się publicznie np. biciem otwartą ręką.

Pani Ewelina: - Na oczach wielu osób dwóch pracowników ściągało babci złote kolczyki z uszu. Jeden trzymał ją, bo się broniła, drugi - zdejmował. Ale na policji potwierdziłam to tylko ja. Tuż przed przesłuchaniami Marek N. kazał oddać jej kolczyki. Tych, które odebrali, już nie było, to zapięli jej jakieś inne.

Kontrole za drzwiami

Dom w Białej podlega śląskiemu urzędowi wojewódzkiemu. Ostatnią kontrolę urzędnicy przeprowadzili w lutym. Kazali m.in. zatrudnić personel medyczny o odpowiednich kwalifikacjach (w domu nie było ani jednej pielęgniarki, a według deklaracji miało być osiem), zmniejszyć liczbę łóżek.

- Zagroziliśmy wykreśleniem domu z rejestru niepublicznych ZOZ-ów - tłumaczył nam w lutym dyr. Jacek Czapla z urzędu wojewódzkiego.

- Kierownictwo zakładu zrealizowało wszystkie zalecenia - zapewnia nas Alina Tarczoń z urzędu. - Dostarczyli dokumenty, że jest tam teraz 45 miejsc. - Ktoś to sprawdził? - Na razie nie.