oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Na drugiej rozprawie w procesie Marka N. była pracownica z domu starców w Białej Wielkiej potwierdziła, że była świadkiem znęcania się nad podopiecznymi. Aktualnie zatrudnieni zaprzeczali.

Przed Sądem Rejonowym w Myszkowie trwa proces 30-letniego Marka N., prezesa Stowarzyszenia św. Brata Alberta, które w Białej Wielkiej pod Lelowem prowadzi dom opieki dla ludzi starszych. Prokuratura oskarża go m.in. o bicie poniżanie, ograniczanie swobody podopiecznych. Oskarżony twierdzi, że jest niewinny.

Przesłuchiwany w poniedziałek Ireneusz R., były współpracownik N. (zwolniony z pracy), opowiadał o konkretnych przypadkach znęcania. Przesłuchiwana w czwartek Ewelina W. (zwolniona po tym, jak powiedziała policji o dręczeniu staruszków) potwierdziła jego słowa. Opisała wiele innych przypadków, które mogą świadczyć, że mieszkańcom Białej działa się krzywda. Mówiła m.in. o braku właściwej opieki medycznej (zastrzyki miała robić osoba zatrudniona jako kucharka); o panu F., którego N. uderzył za to, że pieląc ogródek, przypadkowo wyrwał kwiatka; o myciu umierającego mężczyzny wodą z ogrodowego węża; o pani Agnieszce, którą na czas wizyt urzędników ukrywano w kaplicy; o pani Janinie, której opiekunka ręką wpychała do ust kaszkę.

Mówiła także o dwóch kobietach, które by nie przeszkadzały w przygotowaniach do wizyty biskupa, przywiązywano do krzeseł. Siedziały tak od 9 do 21 przez kilka dni.

- Dlaczego ich pani nie odwiązała? - chciał wiedzieć sędzia Marek Gralik.

- Nie wiem - odparła Ewelina - ale tam pracowało kilkanaście osób, wiedzieli, co się dzieje. Czy sąd uważa, że N. można się było sprzeciwić?

Gdy sędzia dopytywał, czy to możliwe, aby prezes N. nie wiedział o wiązaniu staruszek, świadek stwierdziła: - Nic w tym domu nie działo się bez wiedzy N. On jest tam bogiem i carem.

Zupełnie inną wersję przedstawiały osoby wciąż pracujące: - Wykluczam, żeby dochodziło u nas do znęcania się nad pensjonariuszami - mówiła pewnym głosem Barbara N., z zawodu tkaczka, zatrudniona jako kucharka, potem jako opiekunka (Ewelina: ona też biła i wiązała podopiecznych). Zaprzeczyła, by kiedykolwiek dawała chorym zastrzyki. Nie słyszała, by ktoś skarżył się na złe traktowanie.

- Ile jest opiekunek na zmianie? - pytał sędzia.

- Cztery-sześć - odpowiedziała N.

- A ilu pensjonariuszy mieszka w domu?

- Siedemdziesięciu.

Także Wanda O., lekarka z miejscowej przychodni, która opiekuje się mieszkańcami domu w Białej, wystawiła Markowi N. i prowadzonej przez niego placówce jak najlepszą cenzurkę (gdy dom w Białej miał status Niepublicznego ZOZ, Wanda O. była jego kierownikiem; rejestrując go, deklarowała, że zatrudnia osiem pielęgniarek i rehabilitanta, ale kontrola z Urzędu Wojewódzkiego wykazała, że ci ludzie istnieli tylko na papierze).

Z jej relacji wynikało, że podopieczni cierpią na schorzenia psychiczne, mogą być agresywni, nie są w stanie realnie oceniać, co się wokół nich dzieje.

Proces będzie kontynuowany w czerwcu.