oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Pożyczki oprocentowane nawet na 65 proc. oferował chorym pensjonariuszom krakowskiego domu pomocy społecznej przedsiębiorczy pracownik firmy Provident. Teraz mieszkańców nie stać na papierosy i leki.

O sytuacji w DPS-ie "Łanowa 43 B-D" poinformowała nas rodzina, która opiekuje się ciężko chorym B. (nie otrzymaliśmy zgody na ujawnienie personaliów). B. jest upośledzony umysłowo. - Niedawno zaczął się skarżyć, że brakuje mu pieniędzy na leki i papierosy. Pytany, zdradził, że wziął pożyczkę, którą właśnie spłaca. Okazało się, że wydaje na to całe kieszonkowe - opowiada jego opiekun.

Z dokumentów, które opiekunowie znaleźli u B., wynika, że pożyczył on 400 zł od firmy Provident. Zobowiązał się spłacić ją w 39 tygodniowych ratach po 17 zł, co oznacza, że firmie odda ponad 660 zł. Oznacza to, że wziął pożyczkę na 60 proc. W dokumentach pojawia się jednak informacja, że stopa procentowa wynosi jedynie 15 proc. - firma dolicza wysoką "opłatę administracyjną".

B. nie jest ubezwłasnowolniony, miał więc prawo do przeprowadzenia transakcji. 70 proc. renty musi zgodnie z prawem oddać DPS-owi. Dla siebie dostaje 130 zł miesięcznie. Z tego ponad połowę musi teraz oddawać Providentowi.

Transakcję ze strony firmy podpisał Roman M. Okazuje się, że nie jedyną.

- Owszem, 4 osoby dały się wplątać w takie pożyczki - potwierdza Krystyna Chrobak, dyrektor DPS "Łanowa 43B-D". - Dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji, bo kiedy pracownik firmy przychodził po raty, udawał, że jest przyjacielem naszych podopiecznych. Któregoś razu musieliśmy go ścigać po schodach.

DPS "Łanowa 43 B-D" to typowy ośrodek dla ludzi niezaradnych, odrzuconych, często z chorobami umysłowymi. Roman M. bywał w pokojach pensjonariuszy, wiedział, że zarabiają minimalne kwoty, widział, w jakim stanie psychicznym się znajdują. Wszędzie budził żywe zainteresowanie, pieniądze przynosił bowiem niemal od ręki. Łatwowiernym mieszkańcom jawił się jako ratunek.

Skontaktowałem się z osobami, które wzięły pożyczki. Pan B. (33 lata) mówi z trudem, gubi wątki, szybko zapomina o zadawanych mu pytaniach. Cały czas wygląda na bardzo podekscytowanego. - Zadzwoniłem na infolinię, a potem poszedłem do ich biura - relacjonuje. - Szybko przyjechał pan M. Sympatyczny bardzo. Taki cichy. Dał pożyczkę. Podpisywaliśmy umowę u mnie w pokoju. Zaraz przyszli koledzy, i koleżanki też, zainteresowali się. Też wzięli.

- Obiecywał, że nie będzie kłopotów ze spłatą. Mówił, że procent niski, że raz dwa i już będzie po spłacie - dodaje Joanna. Nie patrzy nikomu w oczy, głowę chowa głęboko w kurtkę. Wzięła 1000 zł pożyczki (ma wysoką rentę rodzinną). Okazało się, że musi oddać 1654 zł.

Na co wydali pieniądze? B. kupił wieżę, którą zaraz potem sprzedał, "bo tak jakoś wyszło". Artur za dwie pożyczki nabył głośniki i wieżę. Joanna część pożyczyła.

- A u mnie jakoś tak się rozeszły. Tu, tam i nie ma - tłumaczy Olga, roztrzepana 50-latka.

Mieszkańcy DPS-u opowiadają, że po interwencji personelu Roman M. przez pewien czas bał się przychodzić do ośrodka. Pieniądze przyjmował na podwórku. Wszyscy zgodnie twierdzą, że widział odcinki rent. Wiedział więc, ile pieniędzy miesięcznie dostają.

- Sytuacja jest opanowana - uspokaja dyrektor Chrobak. - Przekazywanie pieniędzy odbywa się w obecności pracownika socjalnego. Otrzymaliśmy również zapewnienie od firmy, że nie będzie egzekwować odsetek za opóźnienia. Ale to nie zmienia faktu, że sytuacja jest bulwersująca: takie wydarzenie powinno być przestrogą dla innych DPS-ów.

Zupełnie co innego mówią mieszkańcy DPS-u. - Ostatniej środy pan M. przypomniał, że jeżeli nie zapłacę w terminie, to będę musiała wpłacić jeszcze jakieś dodatkowe pieniądze. A ja już nic nie mam - zdradza Joanna.

Nie udało się nam skontaktować z Romanem M. Po naszej interwencji odezwało się natomiast biuro rzecznika prasowego Providentu.

- Jeżeli te informacje się potwierdzą, rozwiążemy umowy i zwrócimy pieniądze mieszkańcom DPS-u. Prawdopodobnie nasz przedstawiciel postąpił wbrew procedurom. Jest mi bardzo przykro z powodu tego incydentu - mówi Małgorzata Kotkiewicz, zastępca rzecznika prasowego.

Zobacz też:

Provident zwróci pieniądze