oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Nielegalny dom starców

W centrum Łodzi w parku Poniatowskiego działa od ponad pół roku dom pomocy społecznej. Urzędnicy nic o tym nie wiedzą...

Park im. ks. Józefa Poniatowskiego. Tuż obok kortów tenisowych stoi wśród drzew należący do miasta pałacyk. Na budynku nie ma żadnej tabliczki informacyjnej ani adresu. W oknach - twarze staruszek. Dzwonimy do furtki. Po kilku minutach zostajemy wpuszczeni do środka. W pałacyku w jednej z sal na parterze na fotelach i łóżkach siedzi osiem czy dziewięć starych kobiet. Wszystkie wpatrują się w wyłączony telewizor. Obok łazienka (jeden sedes i umywalka) i kuchnia. Pokoje są także na piętrze, choć w budynku nie ma windy.

- Słucham panów? - zatrzymuje nas na korytarzu kobieta w średnim wieku w cywilnym ubraniu.

Pytamy, co mieści się w budynku? - Nic nie wiem, jestem tu tylko opiekunką, a właściciela nie ma. Nie znam też telefonu do niego - wykręca się od odpowiedzi. Podaje nam tylko adres pałacyku - ul. Żeromskiego 117.

Sprawdzamy, czy pod podanym adresem znajduje się jakaś placówka w wykazie łódzkich Domów Pomocy Społecznej i Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych. Urząd Wojewódzki, w którym należy je zgłosić, nic o domu opieki w parku Poniatowskiego nie wie. A powinien.

Maria Wolska-Prawda z wydziału spraw społecznych Urzędu Wojewódzkiego: - Od 1 maja każda placówka tego typu, czy to prywatna czy publiczna, musi zgłosić swoją działalność u nas. Dzięki temu możemy odpowiednio je kontrolować i nadzorować.

Pałacyk dzierżawi od gminy dr Ewa Wróbel-Nadel, właścicielka przychodni "Ledan".

- Prowadzę w nim dom opieki nad osobami starszymi od stycznia - przyznaje. - Nigdzie się nie ogłaszamy, bo zajmujemy się członkami znajomych rodzin. Tabliczki informacyjnej nie ma, bo ukradli ją wandale - tłumaczy i zapewnia, że dom jest zarejestrowany: - Ale nie wiem gdzie, bo tym zajmuje się mój radca prawny.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że za miesięczny pobyt w ośrodku trzeba zapłacić 1400-1500 zł. Doktor Nadel twierdzi jednak, że nie wie, ile pieniędzy dostaje od rodzin pensjonariuszek. Przekonuje też, że zatrudnione przez nią pielęgniarki mają umowy o pracę. - Od lat robię dla ludzi wiele dobrego i nie rozumiem tej napaści na ośrodek - żali się.


Rozmowa z pracownicą domu opieki z parku Poniatowskiego

"Gazeta": Ma Pani umowę o pracę?

Pracownica (nazwisko do wiadomości redakcji): Odkąd tu pracuję, nie widziałam jej na oczy. Podobnie jak moje niektóre koleżanki.

A kto tutaj pracuje?

- W domu zatrudnione są praktycznie same pielęgniarki rekrutowane z różnych szpitali i przychodni. Jedna z moich znajomych spytała mnie, czy chcę dorobić. Zgodziłam się, ale nie wiem, jak długo wytrzymam. Zajmuję się wszystkim: sprzątam, gotuję, karmię i myję podopieczne, piorę. Wśród personelu jest duża rotacja, bo nikt nie chce pracować za grosze.

Czy oferowana przez dom opieka jest profesjonalna?

- Nie do końca, choć się staramy. W nocy na dyżurze jest tylko jedna pielęgniarka, nie ma żadnej ochrony. Pralka, stara "Frania", jest w kuchni, czasem brakuje środków higieny, np. pampersów. Tych, co gotują, nikt nie pytał o książeczki zdrowia. Nigdy też nie widziałam żadnej kontroli z sanepidu. Tak do końca nie rozumiem, jak ten dom funkcjonuje i gdzie właściwie pracuję.


Przeczytaj część 2...