zamknij [x]
oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Opole: Mężczyzna od lat zamknięty w ciemnej komórce

(aut. Beata Łabutin, Gazeta Wyborcza 12.05.2006; dps.pl 23.05.2006)

Przeróżne instytucje wiedziały od miesięcy o tym, że upośledzony młody mężczyzna jest trzymany w obskurnym baraku bez wody i prądu oraz że matka w ogóle nie wypuszcza go z domu. Dopiero po interwencji dziennikarzy zabrano go w stanie wycieńczenia do szpitala. Otrzymają teraz pomoc z Caritasu.

Przez dwa lata kobieta, której nazwiska nikt nie znał, pomieszkiwała w opuszczonych ruinach w podopolskich Wrzoskach. W sporadycznych kontaktach z sąsiadami utrzymywała, że opiekuje się synem. Przez ten cały czas nikt go jednak we wsi nie widział, sąsiedzi słyszeli tylko krzyki.

Po sygnale od jednego z nich pojechaliśmy we wtorek do Wrzosek. - W walącej się szopie ktoś cały dzień wył - powiedział nam pracujący na pobliskiej budowie Czesław Łyszczarczyk. Zastaliśmy widok, który budził grozę. Na trawie przed zniszczoną murowaną szopą walały się resztki nadgniłych warzyw i owoców, wokół pełno śmieci, szmat, połamanych desek.

Słychać tylko jęki

Zamieszkująca szopę starsza kobieta nie wpuściła nas do środka, jednak zanim wyszła na podwórze, w ciemnym pomieszczeniu słychać było szamotaninę i uspokajające szepty. Wychodząc, zamknęła za sobą drzwi, spoza których jednak już chwilę potem dobiegły jęki i nieartykułowane dźwięki.

Kobieta potwierdziła, że mieszka z dorosłym synem, który jest upośledzony umysłowo i cierpi na zanik mięśni. Podkreśliła, że sama doskonale daje sobie radę z jego pielęgnacją i rehabilitacją. - Znam się na tym - powiedziała, dodając, że syn nie potrzebuje leków, bo dostaje po nich drgawek, a do zakładu opiekuńczego go nie odda, bo byłby tam dręczony i bity. - Troszczyłam się o moje dziecko całe lata i na pewno go nie opuszczę - skwitowała.

Sołtys Wrzosek Willibald Kalla potwierdził, że kobieta nigdy nikomu nie wadziła, wiodła spokojny żywot i zajmowała się z oddaniem synem. Dodał, że odmawiała przyjęcia jakiejkolwiek pomocy od kogokolwiek.

- Przez te dwa lata, jak tu mieszkali, matka nigdy nie wyprowadzała syna na powietrze. Przecież to nieludzkie, żeby on siedział ciągle w zamknięciu! - zauważyła mieszkająca po sąsiedzku Hildegarda Pasoń. Inni mieszkańcy wioski potwierdzali, że nigdy nie wiedzieli młodego mężczyzny, choć jego wycie słyszeli niejednokrotnie.

Gdy po jakimś czasie kobieta wyszła z domu, ze środka znów dobiegło wycie. Fotoreporter internetowego portalu www.112opole.pl otworzył drzwi szopy. W komórce na ziemi leżał młody mężczyzna. Jęczał i bił się pięściami po głowie. Wkrótce na miejscu była policja. Młodzieńca zabrano do szpitala - o czym pisaliśmy już w środę.

Najpierw szpital, potem zakład opiekuńczy

- Zostanie u nas co najmniej dwa tygodnie. Jest wycieńczony, niedożywiony i bardzo zaniedbany - mówią lekarze z Wojewódzkiego Zespołu Neuropsychiatrycznego w Opolu. Jeszcze we wtorek wieczorem matka chciała odebrać syna. - To na razie wykluczone - mówi dr Barbara Łabiak, ordynator oddziału psychiatrycznego, gdzie trafił mężczyzna. - Pacjent jest mocno zaniedbany pielęgnacyjnie, nie ma z nim kontaktu - mówi oględnie.

Usłyszeliśmy, że zanik mięśni, na jaki cierpi, nie musiał być wynikiem choroby, ale np. długotrwałego ich nieużywania.

- Zostanie u nas na pewno dwa tygodnie, bo musimy wyprowadzić go ze stanu, w jakim się znajduje. Wystąpimy do sądu rodzinnego o zgodę na przymusowe leczenie psychiatryczne, bo pacjent jest upośledzony i sam tej zgody wyrazić nie może - mówi dr Łabiak. - Potem prawdopodobnie trafi do placówki opiekuńczej, chyba że matka będzie w stanie zagwarantować mu godziwe warunki.

W to jednak nikt nie wierzy. - Próbowałem z nią rozmawiać wielokrotnie - zapewnia proboszcz parafii we Wrzoskach ks. Hubert Łysy, którego zapytaliśmy, dlaczego wcześniej nikt kobiecie nie pomógł. - Nie chciała żadnego kontaktu, żadnej pomocy - zaznacza. - Posunąłem się do tego, że wysłałem do niej kominiarza, bo myślałem, że jego wpuści, ale nie pozwoliła mu wejść do środka. A kiedy już udało mi się zamienić z nią kilka słów, to prosiła, żeby zostawić ją w spokoju, bo inaczej zrobi coś złego sobie albo synowi. Dobrze, że ktoś przyszedł na ratunek temu dziecku, szkoda, że dopiero teraz.

Już w styczniu interweniowano

Jak ustaliliśmy, w styczniu w baraku byli pracownicy gminnej opieki społecznej. - Była też policja i karetka z lekarzem - opowiada Stanisława Genda, szefowa ośrodka pomocy społecznej. - Wpuściła ich, a lekarz zbadał jej syna. Stwierdził, że nie trzeba go nigdzie zabierać. O całej sytuacji powiadomiliśmy prokuraturę w Opolu.

- Wiemy o sprawie od 27 kwietnia, sprawdzamy, czy matka i syn zagrażają innym osobom albo sobie nawzajem - mówi rzecznik opolskiej prokuratury Lidia Sieradzka. - Być może wystąpimy o ubezwłasnowolnienie obydwojga, by można było umieścić ich w jakimś bezpiecznym miejscu. Wiemy, że kobieta ma męża i prawdopodobnie drugiego, zdrowego syna. Będziemy ich szukać.

Kobieta od chwili zabrania syna do szpitala bardzo rozpacza. Nie ma dokąd pójść, więc idealnym rozwiązaniem byłoby umieszczenie obydwojga razem w placówce opiekuńczej.

Caritas pomoże

Zapytaliśmy dyrektora Caritas Diecezji Opolskiej ks. Arnolda Drechslera, czy może pomóc w znalezieniu kąta dla obojga, tak, by nie rozdzielać matki i syna. - Zrobię, co w mojej mocy, prowadzimy w województwie centra interwencji kryzysowej, więc rozpytam, gdzie można by ich umieścić - obiecał.

W sprawie mężczyzny śledztwo wszczęła także policja. - Prowadzimy je pod kątem narażenia na utratę zdrowia lub życia. Bierzemy pod uwagę także znęcanie się nad mężczyzną - mówiła Joanna Paruszewska, naczelnik sekcji dochodzeniowo-śledczej komendy miejskiej. Przyznaje jednak, że ten drugi aspekt jest raczej wykluczany. Matka chorego zostanie wkrótce przesłuchana.


Ojciec będzie odwiedzał syna w szpitalu

(aut. Beata Łabutin, Gazeta Wyborcza 12.05.2006; dps.pl 23.05.2006)

Ponadsześćdziesięcioletni Jan (imię zmienione, nazwisko do wiadomości redakcji), ojciec upośledzonego Mirka, którego we wtorek wieczorem z obskurnej komórki we Wrzoskach zabrała policja, odwiedził syna w szpitalu w czwartkowe popołudnie

- Zobaczyłem materiały w telewizji, poznałem Mirka, postanowiłem pojechać do szpitala z dokumentami, jakie posiadam, a przede wszystkim, żeby zobaczyć chłopca - powiedział. Chociaż najpierw zgodził się na rozmowę z nami, wkrótce zmienił zdanie i mówił bardzo niewiele. Przyznał, że to był jego pierwszy kontakt z synem, którego nie widział od ośmiu lat, odkąd matka zabrała go z domu i zniknęła. - Wtedy jeszcze chodził, teraz jest mocno zmieniony - zauważył.

W szpitalu pan Jan opowiedział rodzinną historię, wyjaśnił, co mógł. - Te wyjaśnienia ma też prokuratura - dodał.

Pytany, czy bierze pod uwagę możliwość zaopiekowania się synem, podkreślił, że jest mocno schorowany (między innymi po udarze mózgu; żyje z renty) i słaby, więc fizycznie by takiej opiece chyba nie podołał. - Dużo zależy też od tego, w jakim stanie Mirek opuści szpital, na ile lekarze go usprawnią - mówi.

Czy będzie odwiedzał syna w szpitalu? - Oczywiście, to mój obowiązek - stwierdza i uprzejmie kończy rozmowę.

Dr Barbara Łabiak, ordynator oddziału psychiatrycznego w szpitalu przy Wodociągowej, nie może udzielać szczegółowych informacji o stanie Mirka ze względu na tajemnicę lekarską. - Powiem tylko, że jest lepiej, niż było - ocenia. - Zmieniły się warunki, w jakich przebywa, więc sam ten fakt sprawia, że jest poprawa. Pacjent jest w miejscu, w którym powinien być. Nic niepokojącego się nie dzieje. Raz odwiedziła go matka.

Przypomnijmy: w komórce bez prądu, wody i toalety Mirek i jego matka mieszkali od miesiąca (wcześniej zajmowali murowany baraczek po drugiej stronie drogi, gdzie były trochę lepsze warunki, został jednak zburzony). Kobieta, która w przeszłości leczyła się psychiatrycznie, nigdy nie chciała przyjąć od nikogo pomocy, była zamknięta w sobie, nikt we wsi nie znał jej nazwiska ani historii, nikt nie widział upośledzonego chłopca, czasem tylko ludzie słyszeli jego wycie. Pracownicy opieki społecznej, którzy mieli sporadyczne kontakty z kobietą, podkreślali mocny związek emocjonalny, jaki łączy ją z synem.

Młody mężczyzna, niepotrafiący chodzić o własnych siłach, trafił do szpitala w stanie wycieńczenia, niedożywiony, odwodniony i brudny. Lekarz stwierdzili, że zanik mięśni, na jaki cierpi, może być wynikiem ich nieużywania. Szpital wystąpi do sądu rodzinnego o zgodę na leczenie psychiatryczne Mirka, a potem także sąd zdecyduje, gdzie chłopak trafi. Być może będzie mógł wrócić do matki, jeśli zapewni mu ona godziwe warunki.

Pomoc w znalezieniu lokum dla obojga obiecał ks. Arnold Drechsler, dyrektor Caritas Diecezji Opolskiej.


Syn w szpitalu, matka w rozpaczy

(aut. Beata Łabutin, Gazeta Wyborcza 12.05.2006, dps.pl 23.05.2006)

Jeśli matka z synem zgłoszą się do nas, umieścimy obydwoje w domu dla matek z dziećmi Barka w Rzędowicach - deklaruje Maria Feliniak z ośrodka pomocy społecznej w Strzelcach Opolskich, skąd pochodzi upośledzony Mirek i jego matka.

Przypomnijmy; we wtorek wieczorem po alarmującym telefonie od reportera strony www.112opole.pl policja wyniosła wycieńczonego, brudnego młodzieńca z komórki we Wrzoskach. Mieszkał tam z matką od miesiąca w urągających higienie warunkach: bez wody, prądu, toalety, wśród zniszczonych gratów. Zawieziono go do szpitala neuropsychiatrycznego przy ul. Wodociągowej w Opolu.

- Prześwietliliśmy mu płuca, czaszkę. Jest spokojny, leży w łóżku, podsypia - mówi dr Barbara Waloszek, wicedyrektor szpitala ds. medycznych. - Podajemy mu kroplówki, bo jest odwodniony. Bezwzględnie musi u nas pozostać, wymaga leczenia, odżywienia, pielęgnacji, to osoba zupełnie niesamodzielna, głęboko upośledzona - dodaje lekarka. - Trzeba go karmić, zakładać mu pampersy, rehabilitować.

Mężczyzna nie chodzi, cierpi na zanik mięśni, jednak najprawdopodobniej nie jest on wrodzony, ale jest następstwem ich nieużywania. Mieszkańcy Wrzosek, gdzie Mirek i jego matka mieszkali od dwóch lat (najpierw w baraczku, potem - po jego zburzeniu - w obskurnej szopie), podkreślali, że chłopak nigdy nie był wprowadzany na powietrze, że wciąż przebywał w zamknięciu, skąd słychać było jego zawodzenia. Kobieta odmawiała przyjęcia pomocy od urzędników, sołtysa, księdza, sąsiadów.

W środę przyjechała do szpitala. - Była wzburzona, koniecznie chciała go zabrać, ale to oczywiście nie wchodzi w rachubę - twierdzi dr Waloszek.

- Udzieliła krótkiego wywiadu medycznego, że chłopiec jest upośledzony od urodzenia, nigdy nie chodził do szkoły.

Pracownice ośrodka pomocy społecznej w Strzelcach Opolskich pamiętają rodzinę. - Ta pani była u nas kilkakrotnie ze swoim niepełnosprawnym synem, który wtedy chodził - mówi Maria Feliniak. - Kontakt z nimi mieliśmy od 1993 roku. To była zwyczajna rodzina: matka, ojciec, trzech synów, z których jeden upośledzony. Potem coś się chyba stało, bo wiem, że w 1998 roku ta pani się wyprowadziła, a dwa lata później została wymeldowana przez męża i od tamtej pory nie jest już naszą podopieczną. Wiem, że jej związek emocjonalny z synem był bardzo silny - dodaje.

Czy strzelecki ośrodek może jej pomóc? - Mimo że formalnie ona pod nas nie należy, bo nie ma meldunku na naszym terenie, proponujemy obydwojgu miejsce w Barce - twierdzi Feliniak.

- Musi się tylko do nas zgłosić, bo nawet nie wiemy, gdzie jej szukać. Jeśli jednak nie zechce przyjąć od nas pomocy, to żadna siła jej do tego nie zmusi.

Po publikacjach skontaktował się z nami krewny rodziny. - Matka tego młodzieńca to osoba wykształcona, inteligentna, jednak odkąd odeszła z pracy [była nauczycielką - red.], coś się stało. Jej mąż próbował skłonić ją do leczenia, ale bez skutku. Zanim odeszła z domu, nocowała w garażu, aż któregoś dnia zniknęła z najstarszym, upośledzonym synem. Wtedy był jeszcze fizycznie sprawny, chodził. Dostawała emeryturę i zasiłek na dziecko - opowiada.

- Po tym, jak odeszli, mąż próbował ich szukać, m.in. przez sąd rodzinny, ale po paru latach poddał się. Żyje dziś z renty, jest schorowany, mieszka z dwoma synami. Namawiałem go, by zgłosił się do szpitala z dokumentami syna - dodaje.

Wczoraj jednak nikt się w szpitalu nie pojawił. Co będzie dalej z Mirkiem? - Uważam, że powinien trafić do placówki opiekuńczej, wymaga troskliwej pielęgnacji - podkreśla dr Waloszek i dodaje: - Trzeba też zatroszczyć się o jego matkę i rozwiązać sprawę z korzyścią dla obojga.

Pomoc obiecał ks. Arnold Drechsler. Powiedział nam, że zrobi wszystko, by znaleźć miejsce, gdzie kobieta i jej chory syn będą mogli zamieszkać razem.

Komentarz

Powinni zamieszkać razem

Przewiezienie chorego, wycieńczonego Mirka z ohydnej komórki do szpitala było konieczne, bo nie można wykluczyć, że kolejny tydzień mieszkania tam przypłaciłby życiem. Teraz wszelkie służby, powołane do pomocy ludziom takim jak Mirek i jego matka, powinny zjednoczyć siły, by - gdy chłopak dojdzie już do zdrowia na tyle, na ile to możliwe w jego przypadku - znaleźć spokojne lokum, gdzie mogliby żyć razem. Bo rozłąka to kolejny cios dla steranej życiem kobiety i upośledzonego człowieka, który nie rozumie nic z tego, co dzieje się wokół, ale który tęskni za jedynym znanym mu i bliskim człowiekiem.


Mirek trafi do domu opieki

(aut. Beata Łabutin, Gazeta Wyborcza 2.06.2006; dps.pl 7.06.2006)

32-letni niepełnosprawny Mirek, który przez miesiąc wegetował wraz z matką w obskurnej szopie we Wrzoskach, trafi do domu pomocy społecznej.

Taką decyzję podjął ośrodek pomocy społecznej w Dąbrowie Niemodlińskiej; rozpoczął już starania o przeniesienie tam młodego mężczyzny, który na razie wciąż przebywa w szpitalu neuropsychiatrycznym przy ul. Wodociągowej.

- Dwa razy był u niego ojciec, ale nie wyraził zainteresowania przejęciem opieki nad synem. Matka pojawiła się tylko raz, nie wiemy, co się z nią dzieje. Szpital jest otwarty, zapraszamy tę panią do nas - mówi Krzysztof Nazimek, dyrektor szpitala.

Głęboko upośledzony Mirek trafił do szpitala po tym, gdy 9 maja, po telefonie reportera strony www.112.pl, policja i ekipa pogotowia ratunkowego zabrały go z szopy. Był w stanie skrajnego wycieńczenia, brudny, niedożywiony i głodny. Nie chodził z powodu zaniku mięśni; jak się okazało, spowodowanego nie chorobą, ale ich nieużywaniem. Jak dowiedzieliśmy się od mieszkańców Wrzosek, kobieta i jej syn mieszkali tam od dwóch lat, najpierw w murowanym baraczku, a po jego zburzeniu w rozpadającej się szopie bez wody, toalety, prądu. Kobieta nie chciała przyjąć pomocy ani od sąsiadów, ani od opieki społecznej. Twierdziła, że bardzo kocha syna i radzi sobie z jego pielęgnacją i rehabilitacją, a leki są mu niepotrzebne, bo "dostaje po nich drgawek".

Robotnicy remontujący położony po sąsiedzku budynek zaalarmowali dziennikarzy po tym, gdy dzień wcześniej z zamkniętej szopy przez wiele godzin słychać było wycie i zawodzenie mężczyzny.

Dziś Mirek porusza się przy pomocą rehabilitanta, jest wyciszony, nieco przytył, jego stan ogólny jest dobry.