zamknij [x]
oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Wzorowy zakład opiekuńczy w Białołęce

(aut.Wojciech Czuchnowski, Mariusz Jałoszewski - Gazeta Wyborcza 24.11.2006; dps.pl 6.12.2006)

 

Okradanie pacjentów, fałszowanie dokumentacji i przekraczanie uprawnień zarzuca prokuratura Henryce M., dyrektorce Warszawskiego Zakładu Opieki Leczniczej w Białołęce. Zatrzymano dyrektorkę, jej syna, kasjerkę i lekarkę ośrodka.

- Jestem przekonana, że do listy zarzutów wobec dyrektorki dojdzie celowe spowodowanie śmierci przynajmniej jednego pacjenta - powiedziała "Gazecie" dr Maria Pawińska, wojewódzki konsultant ds. geriatrii, która kontrolowała zakład. - Materiał dowodowy na razie na to nie pozwala, ale sprawa jest rozwojowa - mówi prokurator Renata Mazur z prokuratury Praga Północ.

Pacjent umiera, pieniądze znikają

Mieszczący się przy ul. Mehoffera Zakład Opieki Leczniczej zatrudnia 180 osób personelu opiekującego się ok. 300 pacjentami. Pensjonariusze to przeważnie ludzie starzy i zniedołężniali po chorobach i wypadkach. Nie mają rodzin lub rodziny nie są w stanie się nimi opiekować. O nieprawidłowościach w zakładzie od trzech tygodni informuje interwencyjny program TVN "Uwaga". Zaczęło się od sprawy Romana Kłosińskiego, który po ciężkim wypadku za granicą trafił pod opiekę zakładu. Kłosiński zmarł w styczniu tego roku, ale dyrekcja nie powiadomiła o tym jego rodziny. Pacjent rok przed śmiercią dostał 600 tys. zł odszkodowania za wypadek. Dziennikarze "Uwagi" odkryli, że pieniądze zostały wyjęte z konta bankowego i przekazane do depozytu zakładu. Po śmierci Kłosińskiego pieniądze zniknęły. Rodzinie pokazano kwity, z których wynikało, że mężczyzna dokonał z kasy licznych wypłat, podejmując po kilka-kilkanaście tysięcy. Jednak kwity kasowe były sfałszowane - ktoś dopisywał do wpisywanych przez pacjenta sum dodatkowe kwoty i podpisywał za niego. Kłosiński z nikim się nie widywał i nie mógł wychodzić na zewnątrz. Na swoje potrzeby wydawał niewiele.

Po śmierci pacjenta zniknął też klucz do bankowej skrytki, gdzie Kłosiński trzymał część pieniędzy. Przed kamerami telewizji wystąpili byli pracownicy zakładu, którzy oskarżyli szefową placówki o wyciąganie pieniędzy od Kłosińskiego, zmuszanie do udziału w fałszerstwach księgowej i personelu. Dr Pawińska zebrała dowody na to, że na polecenie dyrektorki Kłosińskiemu regularnie podawano alkohol zmieszany z lekami psychotropowymi, co w tym zestawieniu mogło spowodować śmierć pacjenta.

Nowi świadkowie

Po pierwszym programie do telewizji zgłosili się kolejni świadkowie. Rodzina zmarłego w sierpniu Władysława Żywka zarzuciła dyrektorce sfałszowanie testamentu zmarłego, w którym cały majątek zapisał zakładowi. Pacjenci skarżyli się, że w zakładzie stosowana jest przemoc i na siłę aplikuje im się zastrzyki. Dwoje z nich straciło po tych zastrzykach wzrok. Ochroniarz zakładu opowiadał, że musiał podsłuchiwać pacjentów i na polecenie dyrektorki nie wpuszczał do nich krewnych. Dyrekcja kazała mu kontrolować rozmowy telefoniczne podopiecznych i otwierać ich korespondencję.

Kontrole nic nie wykazały

Dr Pawińska oskarża miasto, które nadzoruje zakład, o obojętność i brak reakcji na jej interwencje. - Kontrolerom, którzy przychodzili do zakładu, pokazywano oddział dla VIP-ów, na którym leży m.in. matka wiceministra zdrowia - wyniki kontroli były świetne. Paweł Wypych, koordynator miasta, odpowiedzialny m.in. za politykę zdrowotną, przyznaje: - Sprawa jest trudna i bulwersująca. Ale odpiera zarzuty Pawińskiej: - Po emisji programu TVN w zeszłym tygodniu dyrektorkę wysłaliśmy na przymusowy urlop, a miejskie biuro audytu zrobiło tam kontrolę [zabezpieczyło dokumentację] i jest w kontakcie z policją i prokuraturą. W zakładzie były wcześniej kontrole, m.in. sanepidu, i nie wykazały nieprawidłowości. Nie mieliśmy też skarg pacjentów i ich rodzin. Oburza mnie w tej sprawie postawa pracowników. Mówią, że wiedzieli o nieprawidłowościach i nie zawiadomili prokuratury.

Dyrektor Henrykę M., jej syna Jarosława (pracował w zakładzie na fikcyjne umowy-zlecenia i pomagał fałszować dokumenty), kasjerkę Beatę i lekarkę Marię E. policja zatrzymała w czwartek. Kasjerka i lekarka, które brały udział w fałszerstwach, będą po przesłuchaniach odpowiadać z wolnej stopy. Dzisiaj sąd rozpatrzy wniosek prokuratury o areszt dla dyrektorki i jej syna.


(aut. Mariusz Jałoszewski, Gazeta Wyborcza 27.11.2006; dps.pl 30.11.2006)

Dyrektorka ośrodka w Białołęce, której prokuratura zarzuca okradanie pacjentów i fałszowanie dokumentów, trafiła do aresztu. Tymczasem na jaw wychodzą nowe nieprawidłowości. Padają nawet oskarżenia o handel ciałami zmarłych.

Henryka M., dyrektorka zakładu opieki leczniczej przy ul. Mehoffera w Białołęce, oraz jej syn Jarosław (pracował w zakładzie i miał pomagać fałszować dokumenty) posiedzą w areszcie trzy miesiące. Taką decyzję podjął w sobotę praski sąd rejonowy. Wnioskowała o to prokuratura. Śledczy zarzuty fałszerstwa postawili jeszcze dwóm osobom - kasjerce i lekarce. Kobiety pozostaną na wolności, bo przyznały się do winy. Śledztwo jest rozwojowe, do prokuratury zgłaszają się nowi świadkowie.

Ratusz: zrobimy rachunek sumienia

Aferę w białołęckim ośrodku, który opiekuje się ok. 300 pacjentami, ujawnił TVN w programie interwencyjnym "Uwaga!". Stacja od trzech tygodni emituje kolejne odcinki, w których pokazuje liczne nieprawidłowości. Zaczęło się od sprawy Romana Kłosińskiego, który trafił do zakładu po ciężkim wypadku za granicą. Mężczyzna zmarł na początku tego roku. Okazało się, że rodzina nic o tym nie wiedziała, a większość z 600 tys. zł odszkodowania, które Kłosiński dostał za wypadek, przekazano do depozytu zakładu. Krewni kolejnego zmarłego zarzucają sfałszowanie testamentu, dzięki któremu jego majątek też przejął zakład.

We wtorek "Uwaga!" ujawni nowe relacje świadków. - Były właściciel zakładu pogrzebowego, który kilka lat temu współpracował z Henryką M., opowiedział nam, że miał wyłączność na obsługę zakładu. Ale dyrektorka zerwała z nim umowę, bo chciała po tysiąc złotych za ciało - mówi autorka materiału Alicja Chmielewska. Mężczyzna mówi, że M. oszczędzała na pogrzebach, robiła nawet awantury, jeśli wiązanka była za droga. - Chciała, żeby coś zostało z zasiłku pogrzebowego - twierdzi Chmielewska. W programie wystąpi również były ochroniarz. Opowie o podsłuchiwaniu i nagrywaniu rozmów telefonicznych oraz cenzurowaniu korespondencji.

Henryka M. od ponad tygodnia jest na przymusowym urlopie. Paweł Wypych, koordynator miasta, któremu podlega m.in. polityka zdrowotna, zapowiada, że w związku z tym ratusz rozwiąże z nią umowę o pracę. - Trzeba szybko rozpisać konkurs na nowego dyrektora i wdrożyć program naprawczy - zapowiada. Obiecuje, że ratusz zrobi teraz "rachunek sumienia". Urząd robił bowiem wcześniej kontrole przy Mehoffera, ale nic nie wykryto. Mało tego - zakład szczycił się nawet certyfikatem jakości zarządzania ISO.

Wykorzystują starszych ludzi

Narodowy Funduszu Zdrowia ostrzega miasto, że jeśli w placówce nie będzie szybkich zmian, to może nie podpisać z nim umowy na opiekę nad pacjentami w przyszłym roku. Podobne kary mogą też spotkać inne zakłady opiekuńcze na Mazowszu, w których NFZ zrobił w tym roku kontrolę. Pod lupę trafiło blisko dziesięć placówek z Warszawy i okolic. Uchybienia dotyczą głównie warunków socjalnych i wyszkolenia personelu.

Najwięcej zastrzeżeń oprócz Białołęki było do prywatnego zakładu z Otwocka. Stwierdzono tam niewłaściwą opiekę nad pacjentami oraz znaleziono przeterminowane leki. NFZ zamierza zawiadomić prokuraturę. - W zakładach długotrwałej opieki nie przestrzega się praw osób starszych. Tych ludzi się wykorzystuje. Brakuje im takiego rzecznika, jak np. mają dzieci. Dlatego parlament powinien zmienić przepisy - uważa wicedyrektor mazowieckiego NFZ Jacek Paszkiewicz.