oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

(aut. Małgorzata Goślińska – Gazeta Wyborcza 8.01.2007; dps.pl 12.02.2007)

 

Stanisław Wałkiewicz, lat 56, dyrektor Domu Pomocy Społecznej w Pakówce

Zobaczył pręgi na plecach pensjonariusza. Został

A wy gdzie? Czytać umieją? Co tu napisane? - Osobom pod wpływem alkoholu, z epilepsją i zaburzeniami psychicznymi wstęp wzbroniony. - No, a wy co? - My upośledzeni umysłowo. Dyrektor długo musiał wyjaśniać różnicę, zanim bileter wpuścił go z pensjonariuszami na wyciąg krzesełkowy: - Dobra, w razie czego będzie na pana. Przez dwa tygodnie codziennie pokazywał im ten wyciąg. - Widzicie te stopy? Trzeba stanąć dokładnie w tym miejscu, a potem od razu przełożyć barierkę. - No to kto chce zobaczyć Karpacz z lotu ptaka? - spytał. Nikt.

- A pan dyrektor z nami pojedzie? - odezwał się Wacek. Najbardziej ciekawski z pensjonariuszy, lubił obserwować pociągi i miał lornetkę. – To ja też! Za Wackiem poszło dziewięciu. Ostrzegano dyrektora: - Ryzykujesz, nic nie zyskasz, a możesz mieć problemy. Myślał: - To, co robię, musi się zakończyć sukcesem. Bo oni mieli w życiu dość porażek. Pensjonariuszy poprosił jeszcze: - Wy mi zaufaliście, że nie chcę dla was szkody. Teraz ja muszę wam zaufać, że nie będziecie się huśtać, bo jak ktoś spadnie, to będzie kaleką, a najpewniej się zabije. A ja pójdę do więzienia. Chcecie, żebym siedział? Były lata 80., po wyciągu dyrektor Stanisław Wałkiewicz pływał jeszcze z pensjonariuszami kajakami.

No, dalej, odwieź mnie do domu

Miał ciepłą posadkę w wydziale zdrowia urzędu wojewódzkiego, skończył studia z pracy socjalnej. Pchać się na zadupie, gdzie depees za drutem kolczastym, 14-osobowe sale i kąpiel w czwartki? Zobaczył pręgi na plecach pensjonariusza i to przesądziło, że tu został.

Był rok 1982, do Domu Pomocy Społecznej w Pakówce pod Rawiczem zsyłano przestępców z orzeczeniem upośledzenia. Wałkiewicz zdjął drut i utworzył spółdzielnię usługową dla okolicy. Rąbanie drzewa, kopanie ogródków, mycie okien, wieś się oswajała, a pensjonariusze przy okazji zarabiali. Dzisiaj wychodzą do zakładów pracy na zewnątrz.

Fascynowali go. Studiował ich biografie, wysłuchiwał, o czym śnią, i podglądał: aha, Heniu maluje!

Dzisiaj Henryk Żarski jeździ po świecie za pieniądze ze sprzedaży obrazków. Jego dzieła wiszą w muzeum w Lozannie. Nazywany jest Nikiforem z Pakówki. Nie lubi tego. - Heniu dostał zdolność z góry. Aby Heniu - powtarza i podsuwa głowę do głaskania. Kiedyś uważano go za niemowę. Zasłaniał się rękami, gdy próbowano do niego podejść.

Opowiadają rodziny pensjonariuszy, którzy wcześniej byli w innych depeesach.
Urzędniczka na emeryturze: - Bratanek czuje się potrzebny.
Profesor - Syn nie boi się tam wracać.
Rolnik po akademii: - Zabieram brata do siebie na święta, a on po kolacji wigilijnej wstaje i: "No, dalej, odwieź mnie do domu".

Jacek Bonieński, gwiazda słynnego Kabaretu Absurdalnego z depeesu w Chorzowie, sam przeprowadził się do Pakówki, gdy kabaret się rozpadł. Chociaż marzył o Warszawie, bo uwielbia duże miasta.

Dwuosobowe pokoje z osobną łazienką na klucz od wewnątrz, sześć takich tworzy grupę, która ma swoich opiekunów i mentora. To dzisiaj w Pakówce norma.

Gdy w 1984 roku Wałkiewicz tworzył pierwszy taki dom ze wsparciem zamiast nadzoru, władze wojewódzkie sprzeciwiały się kategorycznie: bo pensjonariusze spalą się, zaleją, porażą prądem, będą się bić. Więc dobrał najbardziej samodzielnych, takiego Henia na przykład. - To była porażka - przyznaje. - Heniu przyszedł do mnie i mówi, że musi wracać, bo Jurka nikt nie nakarmił, nie umył. Jurek był głęboko upośledzony, Heniu się nim zajmował. Chciałem budować wolność i nie wziąłem pod uwagę przyjaźni. Zakładał pierwsze hostele, kiedy nie istniały w przepisach. To mieszkania w środowisku, trening samodzielności. Wprowadził do Pakówki kobiety. Na związki ludzi upośledzonych nie zezwala wciąż ani Kościół katolicki, ani państwo polskie. Wałkiewicz wyprawił pierwsze zaręczyny w 2004 roku. Razem zamieszkali: Barbara z Tadziem, Danusia ze Zdzisiem, Michał z Anetą i Sylwester z Mateuszem. Ta ostatnia para już się wyprowadziła. Za Wałkiewicza usamodzielniło się 50 pensjonariuszy. Bywa u nich na imieninach, weselach, wywiadówkach.

Jak w domu

Listopad 2006 roku. Związkowcy składają do prokuratury doniesienie na dyrektora. Związkowcy zarzucają dyrektorowi, że wykorzystuje pracowników i służbowy sprzęt do prywatnych celów. Stanisław Wałkiewicz przyznaje, że czuje się w Pakówce jak w domu, gdzie wszyscy sobie pomagają.

Ojca nie ma, a matka w robocie

Ania po studiach z zarządzania pracuje w depeesie dla osób starszych. Tomek zajmuje się rekreacją w Pakówce. Agnieszka studiuje socjologię. Paweł skończył pedagogikę. Najmłodszy, Paweł, nie miał jeszcze dwóch lat, gdy w 1984 roku ojciec oddał własne mieszkanie w Lesznie czterem pensjonariuszom Pakówki. Tak powstał pierwszy w Polsce hostel upośledzonych umysłowo. Wałkiewicz tymczasem przeniósł się z rodziną do Pakówki. Najstarsza Ania zaczynała wtedy podstawówkę. Po ośmiu latach Wałkiewicz uruchomił drugi hostel w sąsiednim Bojanowie, kierowniczką została żona - Ola. Żona Tomka jest dyrektorem innego depeesu. Ola jest szczęśliwa, że chociaż Ania za narzeczonego ma informatyka. - Jedyny techniczny w rodzinie.

Drzwi Wałkiewiczów były otwarte dla pensjonariuszy. Stasiu, pensjonariusz, starszy od Staszka, odbierał telefony i rzucał do słuchawki: "Ojca nie ma, a matka w robocie". A przed Wielkanocą ustawiał w przedpokoju karton wyściełany trawą ("Może zajączek przyjdzie?"). Nie mógł nie przyjść, przyniósł Stasiowi owoce, słodycze, koszulę wyprasowaną. - To był kierat - wspomina Ola. - Rano dzieci do żłobka, przedszkola, szkoły, odebrać po pracy, obiad, pranie, sprzątanie. Zdarzyło mi się wyjść z domu w płaszczu zarzuconym na piżamę. Ale niczego nic oczekiwałam od Staszka. Skoro ta praca to jego pasja. Żeby tylko mąż docenił to, co ja robię.

Staszek tymczasem pisał listy do rodziców Stasia, że syn czeka na nich w bramie w każdą sobotę i niedzielę, wreszcie odstawił go na święta pod dom rodzinny. Po świętach rodzice odstawili Stasia do Pakówki. Łaził za Olą i porównywał: "A moja mama to tak gotuje, moja mama tak sprząta". Dwa lata temu Wałkiewiczowie przeprowadzili się z najmłodszym synem do pobliskiego Gołaszyna. Kupili własny dom. Pensjonariusze Pakówki przychodzą w niedziele, Heniu przed południem, potem Sławek, na końcu Marek, nigdy razem. Każdy chce mieć czas Wałkiewiczów dla siebie.

Ta miłość zaczęła się w piątek

Spotkali się w Poznaniu, w tym samym czasie uczyli się w szkołach policealnych. Ola, rocznik 1951, na technika farmaceutycznego, Staszek, o rok starszy, na pracownika socjalnego. Mieszkali w jednym internacie. W 1974 roku Staszek wyszedł z wojska, Ola kupiła obrączki, ciotka dała kurczaki, placki piekli sami, a wesele było w domu koleżanki.

Jest listopadowy wieczór. Zapiekanka Oli z makaronu i kurczaka stygnie w Gołaszynie, a Staszek w Pakówce. Światło w oknie budynku administracji to sygnał dla pensjonariuszy, że dyrektor dostępny.

Małgosia zachodzi, żeby się pochwalić, jakie buty kupiła. - A leki bierzesz? No, już tak nie wywracasz oczyma - chwali Wałkiewicz.

- Z Dziunią to na poważnie - komunikuje Zbyszek. - Do zaręczyn to jeszcze ho, ho. Musimy się sprawdzić, ta miłość zaczęła się dopiero w piątek. Telefon od Jurka, potrzebuje 50 zł na lizaki na mikołajki. Jest przedstawicielem samorządu mieszkańców. Dyrektor wymyślił ten samorząd, bo nie mógł się opędzić od pensjonariuszy. Ale i tak wpadają, choćby po to, żeby się przywitać. Jeden z pracowników narysował karykaturę Wałkiewicza - on i las wyciągniętych rąk. - Kiedyś przyjaciel spytał, co jest dla mnie ważniejsze: rodzina czy praca. A jeśli jedno i drugie, to co? On na to: Musisz mieć oparcie w rodzinie. Ja: Mam mądrą partnerkę życiową.

Na pieńku

Pracowników wywalał na pieńku. Za uderzenie pensjonariusza – natychmiast. Kuchmistrza za alkohol. Opiekuna, który wpadł w ciąg i nie przyszedł do pracy przez tydzień, posadził w portierni: Bo przepił dom i gdzie się podzieje? - Masz się meldować u mnie w domu codziennie rano i wieczorem - nakazał. - Uratował mi życie - mówi portier i z wdzięczności pali dyrektorowi w piecu. Nie patrzył na wykształcenie. Zatrudniał wrażliwych, kreatywnych, pracowitych i zachęcał do studiowania. Bezpłatnym transportem, urlopami naukowymi, awansami, podwyżkami. Kadrowa tutaj zdobyła tytuł magistra z zarządzania i administracji. Masażystka skończyła szkołę pracowników socjalnych i została opiekunką w dziale terapeutycznym. Jej kierowniczka zaczynała jako pielęgniarka. Zaliczyła kursy z warsztatów terapii zajęciowej, kinezjologii edukacyjnej, pedagogiki zabawy, animacji kultury, wreszcie została magistrem pedagogiki resocjalizacyjnej i do startowania na dyrektora depeesu brakuje jej tylko specjalizacji z organizacji pomocy społecznej. Kierownik rehabilitacji, który w Pakówce miał tylko odrobić wojsko, już dzisiaj mógłby zastąpić Wałkiewicza.

Związkowcy, zanim poszli do prokuratora, skarżyli się w urzędach i mediach na niskie pensje. Potem zaczęli mówić o niegospodarności dyrektora, nepotyzmie, mobbingu. Zażądali, żeby go odwołać.

Wałkiewicz specjalizował się w Instytucie Rozwoju Służb Społecznych Joanny Staręgi - Piasek, był zastępcą Jacka Kuronia w Radzie Pomocy Społecznej, wykładał w polsko-duńskim projekcie "Od centralistycznego zarządzania do indywidualnej odpowiedzialności". - Wszyscy mówimy o integracji, ale jak przychodzi do działania, to zatrzymujemy się w połowie drogi. A Wałkiewicz konsekwentnie realizuje wizję domu pomocy społecznej, który jest miejscem szczęśliwym - mówi Stanisław Kowalik, profesor psychologii i socjologii z Poznania, który kontrolował Pakówkę. - Reformator w każdej dziedzinie. Musi udowadniać, że to, co robi, ma sens. Ryzykuje i od czasu do czasu ma wpadki. Ludzie tracą cierpliwość, czepiają się go, są zawistni.

Pierwszy raz próbowano go odwołać już w 1987 roku. Na Pakówkę nasłano kontrolę sanepidu. Stało się to zaraz po konferencji o rehabilitacji niepełnosprawnych intelektualnie, na której mówił o uprzedmiotowianiu mieszkańców depeesów.

Niech mi pani pomoże

Pewnego razu kobieta targnęła się na swoje życie. Mąż zostawił ją bez grosza z dwójką dzieci, a sąsiedzi potępiali, że bezrobotna i pije. Wtedy spotkała młodego pracownika socjalnego. Zjednał jej sąsiadów, znalazł pracę, wysłał na leczenie. A zaczął od prośby: "Niech mi pani pomoże zająć się dziećmi". To była pierwsza podopieczna Stanisława Wałkiewicza.