oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt


( ! ) Strict standards: Only variables should be passed by reference in /var/www/dps/dps.pl/domy/libs/Smarty_Compiler.class.php on line 804
Call Stack
#TimeMemoryFunctionLocation
10.0035253072{main}( )../index.php:0
20.25731013856Smarty->fetch( )../index.php:568
30.25731030580Smarty->_compile_resource( )../Smarty.class.php:1256
40.25751034100Smarty->_compile_source( )../Smarty.class.php:1417
50.25771108020Smarty_Compiler->_compile_file( )../Smarty.class.php:1484
60.26321123192Smarty_Compiler->_compile_tag( )../Smarty_Compiler.class.php:312
70.26391133208Smarty_Compiler->_compile_custom_tag( )../Smarty_Compiler.class.php:577
wstecz

(różne źródła 4-6.12.2007; dps.pl 7.12.2007)

Materiały ułożono w kolejności od najnowszych do najstarszych

Relacja video (serwis YouTube):


Kolejna część materiałów na ten temat...


Dom Pogodnej Starości - Zbyt wstrząśnięci, by mówić
(aut. Krzysztof Kowalczyk, Barbara Biała - Polska/Głos Wielkopolski 6.12.2007)

Po naszej publikacji o przemocy w ośrodku opieki dla osób starszych w Radości telefony w naszej redakcji się urywały. Dzwoniły do nas rodziny pensjonariuszek, przebywających w tym ośrodku. - Jestem przerażona. Widziałam film. To z pewnością głos mojej mamy -mówiła nam do słuchawki Elżbieta Trela.

Mamę umieściła w ośrodku 1,5 roku temu. Jak przyznaje, wybrała ośrodek w Radości, bo było tam czysto i schludnie. Odwiedzała matkę co dwa tygodnie. - Nie wyglądała źle. Owszem, mówiła mi, że bija ją po głowie, po twarzy, że zabierają jej poduszki na noc, ale ja nie wierzyłam. Mama ma Alzheimera i psychiatra mówił, że może jej się mieszać. Wierzyłam w to - opowiada, płacząc.
Dodaje, że podczas jej wizyt obsługa zawsze była miła i uprzejma. - Nie było powodu do podejrzeń - ocenia, ale przypomina sobie też, że niektóre rzeczy mogły ją zaniepokoić. - Mama jadła obiad na czas. Dziwiłam się, czemu tak łapczywie je. Połykała, nie gryzła. Teraz wiem, to była tresura.
Gdy pani Elżbieta zobaczyła siniaki na ciele swojej matki, personel tłumaczył jej, że mama w nocy wypadła z łóżka. - Mówili, że lata po całym łóżku. Ale jak się położyła u mnie w domu, mogła przespać całą noc w jednej pozycji. Dopiero teraz mi się oczy otworzyły - przyznaje poruszona kobieta.
To nie jedyny głos w tej sprawie. Są rodziny, które chcą nam opowiedzieć o jeszcze gorszych przypadkach przemocy wobec ich bliskich z Radości. Jednak poruszone naszą publikacją wczoraj nie były w stanie zdać nam relacji. Umówiliśmy się na rozmowę, gdy już ochłoną.
Dzwonili też czytelnicy, którzy spotkali się z podobnymi zjawiskami w innych placówkach. Wyrażali swoje oburzenie tymi praktykami, a także tym, że - jak oceniali -są one w tego typu placówkach powszechne. Wczoraj od rana w domu "pogodnej starości" Betania w Radości kłębił się tłum dziennikarzy, funkcjonariuszy policji i rodzin pensjonariuszek. Jedna ze staruszek została natychmiast zabrana z ośrodka przez swoich bliskich. Policjanci przesłuchiwali każdego z pracowników i mieszkańców domu. Prokuratura rozpoczęła tzw. czynności sprawdzające.
Po południu do Radości przyjechały na kontrolę przedstawicielki Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. Dom został dokładnie sprawdzony. Właścicielka Betanii w obecności kamer szczegółowo wyjaśniała wszystkie zarzuty stawiane jej przez "Polskę". Mówiąc o pracy w ośrodku przyznała, że "czasem tracimy tu cierpliwość" .
- Nie wykryłyśmy żadnych uchybień - stwierdziła po kontroli st.insp. Krystyna Kaniewska z urzędu wojewódzkiego.
Minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak zapowiedziała wczoraj ogólnopolską kontrolę wszystkich publicznych i prywatnych domów pomocy społecznej. - Poprosimy wojewodów o wzmożenie nadzoru nad tymi placówkami - zapowiedziała na specjalnie zwołanej konferencji minister Jolanta Fedak.
Takich legalnie działających placówek jest ok. 800. Mogą przyjąć 82 tys. pensjonariuszy. Ile jest nie legalnych, nie wiadomo. Tylko na Mazowszu działa ich blisko 100. Nie rejestrują działalności, bo dzięki temu nie muszą spełniać standardów lokalowych i zatrudniać wykwalifikowanego personelu.
Po kontroli resort pracy rozważy zmiany w prawie. Minister Fedak apelowała, żeby zgłaszać prokuratorom nielegalnie działające placówki.
Wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski podziękował za publikację "Polski". Obiecał, że dla pensjonariuszy z domu w Radości znajdzie nowe miejsca.



Staruszkowie maltretowani w domu opieki?

(aut. Wojciech Karpieszuk, Łukasz Krajewski - Gazeta Wyborcza 6.12.2007)

W domu pomocy w radości przebywają głównie pacjentki w zaawansowanym wieku. Na filmach nakręconych przez byłego pracownika widać, że były bite i wyzywane.

- Nikogo nie maltretowaliśmy - utrzymuje dyrektorka ośrodka Katarzyna Zimna. Sprawę bada policja, a wojewoda i minister pracy i opieki społecznej twierdzą, że placówka jest nielegalna.

Dom opieki prowadzi w warszawskiej Radości fundacja Betania. 20 kobietami zajmuje się tam pięć opiekunek. Żadna nie jest zawodową pielęgniarką. Wczorajszy dziennik "Polska" opisał dwa filmy nakręcone komórką przez Łukasza K., który odbywał w placówce wojskową służbę zastępczą. Na pierwszym widać, jak dyrektorka uderza starszą kobietę w twarz i wyzywa ją. Opowiada koleżance dowcip, jak poprzednia pracownica, Ukrainka, bawiła się rozrusznikiem "Ziuty". Na drugim dyrektorka uciska kolejną pensjonariuszkę w podbrzusze, by ta się wypróżniła. Kobieta krzyczy: "Nie chcę kupy".

Wczoraj pod dom opieki zjechały dziesiątki dziennikarzy. Pracownice ośrodka i jego dyrektorka rozmawiały ze wszystkimi. Zaprzeczały, aby kiedykolwiek biły podopieczne. Ale w wypowiedzi dla TVN 24 Katarzyna Zimna nazwała całą sprawę "incydentami", mówiła, że mogą "puścić nerwy".

Rozmawialiśmy też z niektórymi pacjentkami. Żadna nie skarżyła się na złe traktowanie. Ale z kilkoma, najciężej chorymi, nie ma kontaktu. To właśnie takie osoby miały być bite.

Wczoraj Katarzynę Zimną przesłuchiwali policjanci. - Wszystko musimy potwierdzić w zeznaniach pensjonariuszy - mówił kom. Mariusz Szyndler z Komendy Stołecznej.

Po południu wspólną konferencję zwołali minister pracy Jolanta Fedak i wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski. Mówili, że kontrola wojewódzkiego biura pomocy społecznej wykazała, że ośrodek w Radości od co najmniej trzech lat działa nielegalnie, tzn. nie jest zarejestrowany. - Mamy podejrzenia, że placówka unikała rejestracji, bo wtedy musiałaby przejść kontrolę urzędników - mówił wojewoda. Takich niezarejestrowanych ośrodków pomocy społecznej jest na Mazowszu ponad sto. Wojewoda może je jedynie ukarać grzywną do 10 tys. zł. Minister Fedak zapowiedziała nasilenie kontroli. Wojewoda zapewnił też, że jest miejsce dla podopiecznych Betanii w legalnych ośrodkach.

Łukasz K. zawiadomienie o nadużyciach w ośrodku złożył do prokuratury już 4 października. Jednak 18 października odwołał zeznania. O złym traktowaniu pacjentek zawiadomił też urząd pracy, z którego dostał skierowanie do służby zastępczej w Radości. Również tam wycofał oskarżenia. Do urzędu napisał, że działał "pod wpływem emocji wywołanych rozpoczęciem pracy w domu pomocy społecznej".

Pracownice ośrodka twierdzą, że upublicznił nagrania z zemsty. Za co - nie wiedzą.

Wczoraj do domu opieki przyjechały rodziny podopiecznych. Rozmawiały z bliskimi, sprawdzały, czy nie ma śladów pobicia. Tylko jedna osoba zdecydowała się zabrać swoją babcię. Izabella Rutkowska postanowiła, że jej 95-letnia mama zostanie w ośrodku do wyjaśnienia sprawy. - Jestem tu dwa, trzy razy w tygodniu. Nie zauważyłam niczego niepokojącego - mówiła.



Będzie kontrola domów opieki

(aut. Andrzej Geller - Dziennik 6.12.2007)

Przesłuchują świadków w Radości

Od samego rana prokuratorzy uwijają się jak w ukropie. Przesłuchują świadków i starają się ustalić, jak w domu opieki w Radości byli traktowani pensjonariusze. To efekt ujawnienia filmu, na którym widać, że personel pastwił się nad starszymi niedołężnymi kobietami. A minister sprawiedliwości zapowiada, że wszystkie domy opieki w Polsce będą kontrolowane.

W sprawie domu w Radości trwa już śledztwo. "Przesłuchania świadków trwajką od samego rana. Cały czas zgłaszają się nowe osoby" - mówi dziennikowi.pl Renata Mazur z Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga. Zapewnia, że nikt nie zostanie odprawiony z kwitkiem. Ale nie chce ujawnić, co zostało już ustalone.

Prokuratorzy chcą się dowiedzieć, na ile doniesienia o fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad pensjonariuszami są prawdziwe. Były pracownik domu nakręcił komórką film, na którym widać, jak opiekunki biją i wyzywają starszą kobietę.

"Dom w Radości nie jest jedynym w kraju, gdzie dochodzi do znęcania się nad podopiecznymi" - przyznał w TVN24 minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski. Dlatego zapowiedział kontrole domów opieki.

Kontrolerzy sprawdzą przede wszystkim, czy dany ośrodek widnieje w rejestrze. "Kontrole mają zapobiec kolejnym dramatom, podobnym do tego, który zdarzył się w domu opieki w Radości" - wyjaśniał minister sprawiedliwości. Jak ustalił wczoraj dziennik.pl, dom w Radości nie był zarejestrowany i w ogóle nie powinien działać.

Okazuje się, że wiedział o tym poprzedni wojewoda. Ale nie reagował. "Nie potraktował poważnie dochodzących do niego sygnałów" - przyznał Ćwiąkalski. Pracownicy społeczni mają dziś rozmawiać z pensjonariuszami domu pomocy w warszawskiej Radości. Ci, którzy będą tego chcieli, zostaną przeniesieni do innych domów na Mazowszu.


Briefing Minister Jolanty Fedak

(aut. MPiPS 6.12.2007)

Minister Jolanta Fedak spotkała się z dziennikarzami w związku z sytuacją, opisaną w artykle dziennika "Polska" pt. "Piekło starców w Radości". - Zwrócę się do wszystkich wojewodów, aby wzmogli kontrole nie tylko zarejestrowanych u nich domów pomocy społecznej, ale również zainteresowali się wszelkimi sygnałami, które mogłyby świadczyć o nielegalnym prowadzeniu takiej placówki - powiedziała minister Jolanta Fedak na briefingu 5 grudnia 2007 roku. W briefingu uczestniczył również wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski.

W Polsce jest zarejestrowanych 811 Domów Pomocy Społecznej, w których przebywa 82 000 osób. Są one prowadzone zgodnie z prawem i kontrolowane przez wojewodów. Niestety, zdarza się również, że pod przykrywką pensjonatu, zakładu rehabilitacyjnego lub socjoterapeutycznego są prowadzone nielegalne, nigdzie nie zarejestrowane i nie spełniające żadnych standardów placówki. Taki bulwersujący przykład opisał ostatnio dziennik "Polska" .
W związku z powtarzającymi się sygnałami o nielegalnych domach opieki, MPiPS zamierza przyjrzeć się przepisom, aby wyeliminować ewentualne luki prawne.
Minister Pracy i Polityki Społecznej wystąpiła z apelem do rodzin, by przed skierowaniem bliskiej osoby do domu pomocy społecznej lub placówki całodobowego wsparcia sprawdziły, czy działa ona legalnie.



Była opiekunka z domu starości: To makabra

(aut. Joanna Skrzypczak - tvn24.pl/ Dziennik 6.12.2007)

Kolejna osoba potwierdza koszmar w Radości


"Kobiety były bite, na siłę karmione, wyszydzane. Na noc zamykano je w pokoju na klucz. To była makabra" - wspomina była pracownica domu opieki w podwarszawskiej Radości. Do Anny, która cztery lata temu przez pięć dni opiekowała się staruszkami w prywatnym pensjonacie, dotarł TVN24.

"Nie wytrzymałam tego, co tutaj się działo" - opowiedziała telewizji kobieta, którą do ośrodka skierował urząd pracy. Anna potwierdza wszystko to, o czym wczoraj napisała "Polska" - w domu prowadzonym przez fundację "Betania" niedołężne staruszki były maltretowane przez opiekunów.

Anna ujawnia, że podopiecznym wlewano do ust wrzącą zupę. Choć na dworze był mróz, musiała kąpać jedną z kobiet przy otwartym oknie. "Ta kobieta zemdlała, ale nie wezwano pogotowia, tylko położono ją na łóżku. Opiekunki jeszcze wyśmiewały się, że ta kobieta umiera i następne miejsce będzie wolne" - wspominała w rozmowie z TVN24.

"Nie było żadnego współczucia. Kiedy przychodziły rodziny, wszystko wyglądało pięknie, idealnie. Ten dom jest czysty, sterylny. Przy rodzinach dbano o nie, np. czesano im włosy" - opowiada była pracownica. "Ale kiedy rodziny zamykały za sobą drzwi, zaczynało się..." - dodaje.

Anna twierdzi, że kobiety mniej chore były traktowane lepiej. Te niedołężne maltretowano. "Kobiety nigdy się nie skarżyły, nie odzywały się, bały się, były zastraszone" - mówi. Opowiada też historię jednej z pensjonariuszek, która rzekomo przez parę lat nie odzywała się. "Kiedy ją karmiłam i głaskałam, nagle powiedziała do mnie "córciu", a ja zdziwiłam się, że ona w ogóle mówi" - relacjonowała Anna w rozmowie z TVN24.

Była opiekunka wspomina, że staruszki wciąż leżały, bo nikt nie wychodził z nimi na spacery. Kobiety były karmione odpadami, na przykład zupą z korpusów drobiowych i ziemniakami. Anna twierdzi, że o wszystkim poinformowała szefostwo fundacji "Betania", została jednak wyśmiana. "Wiedziałam, że nikt mi w to nie uwierzy, więc po prostu odeszłam i starałam się to wymazać z pamięci" - wyznała w TVN24.

W sprawie domu opieki w Radości trwa już śledztwo. "Przesłuchania świadków trwają od samego rana. Cały czas zgłaszają się nowe osoby" - mówi dziennikowi.pl Renata Mazur z Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga. Zapewnia, że nikt nie zostanie odprawiony z kwitkiem. Ale nie chce ujawnić, co zostało już ustalone.


Dom Opieki - Bezbronne staruszki bite i poniżane przez personel
(aut. Krzysztof Kowalczyk - Polska Głos Wielkopolski 5.12.2007)


Film pierwszy. 11 października br. godzina 12.30. Personel pensjonatu dla osób starszych w Radości pod Warszawą sadza na wózku Ziutę - pensjonariuszkę w wieku około 80 lat. Wózek ma otwór w siedzisku umożliwiający wypróżnienie. Kobieta wie, co ją czeka. Krzyczy: Ja nie chcę kupy, ja nie chcę kupy. Opiekunka [Anna Gimpel] uderza ją w twarz. -Zamknij mordę- mówi [i z całej siły naciska na brzuch kobiety]. Na filmie widać pochyloną opiekunkę, która aż stęka z wysiłku, i charczącą staruszkę.

Film drugi. 30 października, około godziny ósmej rano. Kierowniczka ośrodka w Radości Katarzyna Zimna szykuje podopieczną -Tośkę- (około 80 lat) do mycia. Staruszka otrzymuje od kierowniczki trzy uderzenia w twarz otwartą dłonią. - K-, co plujesz- Jak ci zaraz popluję, to się zesrasz - krzyczy Zimna, po czym każe swojemu podwładnemu wyjąć -Tośce- sztuczną szczękę. - Co takie czerwone- - pyta po wyjęciu protezy i sama odpowiada: - A bo w ryja dostała.
- Otwieraj mordę, żryj - zwraca się do starej kobiety, próbując ją nakarmić, opiekunka nazywana przez kierowniczkę Sławką. Staruszka bezwiednie przyjmuje pokarm. - Te, księżniczka, obudź się - mówi do karmionej Zimna. - Chodźcie, pożyczymy sobie rozrusznik - rzuca żart w stronę Sławki i rozbawiona zaczyna opowiadać historię, jak to opiekunka z Ukrainy dotykała rozrusznik serca pensjonariuszki. Zimna pokazuje, jak ta z trudem dyszała, śmieje się przy tym na głos. (Wraz z pomocnikami wkłada -Tośkę- do wanny). - Myj się babciu, bo dostaniesz w pilotkę, zaraz cię ocucę - zwraca się do kąpanej. Staruszka wyje, Zimna przedrzeźnia ją, wyjąc jeszcze głośniej (fragmenty w nawiasach pochodzą z relacji autora filmów).

Dom opieki dla osób starszych w Radości, przy ulicy Pajęczej 5A powstał cztery lata temu. Założyła go prywatna fundacja Betania. Katarzyna Zimna jest kierowniczką ośrodka od początku jego istnienia. Takich filmów, jak wyżej przedstawiliśmy, mamy więcej. Opisujemy tylko dwa. Nakręcił je Łukasz K. (nazwisko znane redakcji) skierowany jako poborowy do ośrodka w ramach odbywania zastępczej służby wojskowej. Łukasz K. pracował w ośrodku ok. dwóch miesięcy. Jest jedynym świadkiem, który zdecydował się nam opisać pogardę opiekunek domu w stosunku do podopiecznych. Filmy, które z ukrycia nakręcił telefonem komórkowym, uwiarygodniają jego słowną opowieść - jeszcze bardziej szokującą. W internecie na stronach Fundacji Betania, ośrodek w Radości jest określany mianem: Dom Opieki Rekonwalescencyjno-Socjoterapeutyczny. Zdaniem fundacji jest to jedna z najtańszych placówek tego typu. Koszt miesięcznego pobytu to od 1200 do 1500 zł. Do tego dochodzi koszt pieluch i lekarstw. Takie kwoty płacą rodziny umieszczające w ośrodku swoich bliskich. Fundacja ma jeszcze w okolicy drugi ośrodek tego typu i przedszkole. W statucie fundacji zapisano, że jej celem jest: opieka nad osobami w trudnej sytuacji życiowej, szczególnie niepełnosprawnymi i podlegającymi wykluczeniu społecznemu oraz zapobieganie tym sytuacjom.
- Nie jest ważne, czego oni chcą, muszą robić to, co im się każe - zwróciła się do nowego pomocnika Zimna, przedstawiając mu jego obowiązki, gdy stawił się w pensjonacie pod koniec września tego roku.

Już pierwszego dnia zaobserwował, że personel myjąc czy karmiąc staruszki, rzuca je na krzesła i łóżka, używa wulgaryzmów. Drugiego dnia usłyszał, jak opiekunka Anna Gimpel mówi do staruszki: -Jesteś tu, bo twój mąż cię zostawił dla kochanki. W pierwszym tygodniu zobaczył, jak kobiety są bite podczas kąpania. Uderzenia o różnej sile, były zadawane otwartą ręką.
-Oceniłem, że mogą boleć - opowiada nam K. Po jednym z takich ciosów opiekunka Gimpel, która tym razem uderzyła wierzchem dłoni, miała spuchniętą rękę.

Kobiety były kopane w pośladki, gdy poruszały się za wolno. Wiązane do łóżek, żeby w nocy nie ściągały pieluch i nie brudziły pościeli. Wymuszano na nich wypróżnienie, naciskając z całej siły na brzuch, lub robiąc "syfon" - określenie stosowane przez personel, na metodę wypróżnienia przez ucisk na trzewia. Polega ona na uchwyceniu podopiecznej i wymuszenia zgięcia w tułowiu, przez włożenie głowy pomiędzy kolana. Kierowniczka wielokrotnie wyzywała pewną niepełnosprawną umysłowo pensjonariuszkę od debili lub "maciory" ze względu na jej tuszę, mówiła do niej, że je jak świnia. Pobiła ją za to, że próbowała oddać mocz na podwórku.
Inne kobiety też były bite; np. panią Jankę, jedną z bardziej aktywnych staruszek, która dla urozmaicenia czasu chętnie angażuje się w prace gospodarcze, pobito po twarzy za odebranie poczty od listonosza. Janka była smutna i płakała po tym wydarzeniu. Prosiła Łukasza K., by otworzył jej furtkę. -Chcę się stąd wydostać, chcę wrócić do córki - szlochała.

Za ubrudzenie przez sen pościeli staruszce o imieniu Irena zabrano maskotki - pluszaki, z którymi spała, a które dostała od siostrzeńca. Do kobiety, która miała krwawe odleżyny na plecach, opiekunka mówiła: Gnijesz, umierasz. Pensjonariuszce Dance, która zachowuje sprawność fizyczną, ale nie umysłową, personel kazał dwie godziny stać pod ścianą za zbytnią powolność.
Wydarzeniem, które szczególnie poruszyło Łukasza K., była śmierć pani Władysławy. Umarła tuż po godzinie 7 rano, 31 października. Pomocnik właśnie przyszedł do pracy. Chwilę wcześniej pani Władysława dostała herbatę. -Siedząc na krześle zaczęła charczeć i bulgotać - opowiada K. Opiekunki stały i przyglądały się Władysławie. - Akurat trafiła na Święto Zmarłych - powiedziała jedna z nich. A obstawiały, że inna umrze wcześniej. Położyły Władysławę do łóżka. Po chwili opiekunka Anna Gimpel stwierdziła zgon.

W swojej relacji Łukasz K. podkreśla, że poniżane i bite były te pensjonariuszki, które sprawiały problemy. Dotyczyło to przede wszystkim bardziej zniedołężniałych staruszek. Te, które lepiej sobie radziły i potrafiy dostosować się do poleceń personelu nie były nękane. Jako przykład takich pensjonariuszek przytacza dwie panie: Wacławę leżącą na piętrze domu i Wiesławę z sali na parterze.

W miniony piątek bez zapowiedzi pojechaliśmy do wskazanego nam ośrodka. Kierowniczka Katarzyna Zimna oprowadziła nas po domu. Placówka choć pozbawiona domowego ciepła, była czysta i zadbana, z kuchni dochodził zapach przygotowywanej strawy. Zimna pokazała nam swoje podopieczne. W zakładzie przebywa ponad dwadzieścia kobiet, prawie wszystkie są już w podeszłym wieku. Cierpią na chorobę Alzheimera, demencję starczą. Tylko z kilkoma można nawiązać kontakt. Opiekuje się nimi pięć pracownic.

Zimna to postawna i bardzo temperamentna kobieta w wieku 49 lat. Podczas pierwszego spotkania nie kryła zdenerwowania. Jej pomocnice, w podobnym wieku lub starsze, karnie wykonują polecenia.
Jakich kwalifikacji wymaga od personelu właściciel domu - pytamy Zimną. - Doświadczenia życiowego - odpowiada kierowniczka. Przyznaje, że żadna z opiekunek nie ma kwalifikacji pielęgniarskich. - To jest zwykły pensjonat - odpowiada. Sama wcześniej pracowała w jednej z centrali handlu zagranicznego we Włocławku. Później była bezrobotna, wychowywała wnuki swoich dwóch synów. Gdy malcy dorośli, a w jej mieście nie było pracy, znalazła ogłoszenie w gazecie o pracy w domu opieki pod Warszawą. Jak sama opowiada, nie namyślała się długo.

Jako kierowniczka ośrodka zarabia 1500 zł na rękę. Do tego dochodzi zakwaterowanie w domu i wyżywienie. Pozostały personel zarabia pensję minimalną, czyli na czysto niespełna 700 zł . Do tego dochodzi ubezpieczenie. Zimna sama zatrudnia pomocnice.
Pracę, którą wykonują określają jako ciężką. Staruszki trzeba przenosić z miejsca na miejsce, podmywać kilka razy dziennie, karmić i stale pilnować bo - jak mówi Zimna - -potrafią rozrabiać, a i przylać nam jak się zezłoszczą też. Jest dumna, że wraz ze swoim zespołem potrafi podołać wszystkim obowiązkom. - Pracujemy na pełnych obrotach od 6 rano do wieczora. Nawet Ukrainki rezygnowały z tak ciężkiej pracy za tak małe pieniądze - podkreśla.

Kierowniczka stanowczo zapewniła nas, że w podległej jej palcówce nie stosuje się ani fizycznej, ani psychicznej przemocy wobec podopiecznych. Jej zdaniem, gdyby przemoc była w domu stosowana, rodziny zabrałyby z niego swoich bliskich. Wybiera dwie kobiety: panie Wacławę i Wiesławę (te, które Łukasz K. wskazał nam wcześniej jako w pełni podporządkowane personelowi), którym w naszej obecności zadała pytanie: Czy była pani tu kiedyś dręczona lub bita? Obie kobiety zaprzeczyły.
Odwiedziliśmy dom opieki dwa dni później, w niedzielę. Weekend to w pensjonacie dzień odwiedzin rodzin i bliskich staruszek. Te pensjonariuszki, które miały już gości, siedziały uśmiechnięte ze szczęścia. Niektóre wciąż czekały na upragnione odwiedziny. Opiekunki zagadują gości, zdając im relację ze stanu zdrowia i zachowań staruszek w ostatnich dniach. Nad wszystkim czuwa kierowniczka. Jest duszą towarzystwa, serdecznie rozmawia z rodzinami i swoimi podopiecznymi.

Rodziny przybyłe do domu opieki wypowiadają się z uznaniem o placówce. -To bardzo dobre miejsce, najlepsze - przekonuje nas starszy pan. Rodzin nie niepokoją niektóre wypowiedzi swoich bliskich. Pani Wanda, ponad 80 lat, wskazuje ręką policzek i nos, i mówi do córki: - Ale dostałam ostatnio i tu, i tu. A przecież nie mam samochodu, żeby tak wsiąść i wyjechać stąd.
Przysiada się kierowniczka: - To pani Sławka, dostała od Wandy.
- Znów rozrabiałaś - pyta panią Wandę córka. Staruszka zmienia temat i zaczyna opowiadać inną historię, w której trudno doszukać się sensu.
O Łukaszu K. Zimna mówi: - Rozrabiał jak pijany zając w kapuście. A ja nie byłam wobec niego aż tak restrykcyjna, by kazać mu myć dupy od 7 rano do 15.

Zimna nie chce ustosunkować się do relacji przedstawionej nam przez młodego pomocnika. Nie godzi się na robienie zdjęć w ośrodku, ani na nagrywanie rozmowy.
- Jestem zbyt gwałtowna i impulsywna, nie chcę czegoś chlapnąć - tłumaczy. W jej ocenie były pomocnik poszedł do mediów, by bronić się przed konsekwencjami niezgodnego z prawem opuszczenia miejsca odrabiania służby wojskowej, chce też wyłudzić od mediów pieniądze, których mu brakuje.
Z założycielem i pełnomocnikiem fundacji Betania Edwardem Goszczyckim nie udało nam się porozmawiać. Ponoć jest ciężko chory.

Po naszej wizycie w ośrodku zadzwoniła do nas Elżbieta Goszcycka małżonka pana Edwarda, również pełnomocnik fundacji, która poinformowała nas, że nigdy nie dotarły do niej żadne niepokojące sygnały o stosowaniu przemocy w ośrodku przy ulicy Pajęczej w Radości. Pytana o kwalifikacje personelu odpowiada: - Nie trzeba mieć ukończonych studiów, czy kursów, by prowadzić taki dom. Te panie wzorowo wywiązują się ze swojej pracy.

Łukasz K., lat 29, zanim trafił do domu w Radości, był studentem politechniki. Po przerwaniu studiów przez rok był bezrobotny. Przez nieodsłużone wojsko miał problemy ze zdobyciem pracy. - Chciałem zakończyć tę sprawę i przy okazji pomóc potrzebującym. Tak to sobie wtedy wyobrażałem - opowiada.
Nie chciał iść do wojska, bo sprzeciwia się stosowaniu przemocy. Widząc, co się dzieje w ośrodku Łukasz już drugiego dnia chciał z niego odejść. Ale dopiero w połowie listopada, jadąc do pracy wysiadł z autobusu.
Psycholog, do której zaczął uczęszczać, przestrzegała go przed złamaniem przepisów prawa, ale on powiedział zrozpaczony: -Wolę iść do więzienia, niż pójść tam jeszcze raz.


Staruszki katowane w domu opieki
(aut. dziennik.pl 5.12.2007)


"Zamknij mordę!", "Otwórz mordę, żryj!" - tak do starych, schorowanych kobiet w prywatnym domu opieki w podwarszawskiej Radości wrzeszczały opiekunki. Dziennik "Polska" dotarł do wstrząsających filmów, na których widać, jak personel pensjonatu wulgarnie wyzywa kobiety i je bije. Prokuratura prowadzi śledztwo w tej sprawie. Zszokowane rodziny zabrały bliskich z domu terroru.

"Mama była w tym domu dwa tygodnie. Potem kierowniczka wyrzuciła nas, mówiąc, że mama zaraża pacjentów. Okazało się to kłamstwem, a przyjąć mamy z powrotem już nie chciała. Zostawiła nas na lodzie. Teraz się z tego cieszę" - opowiada tvn24.pl Kinga Nowotczyńska, córka kobiety, która przebywała dwa tygodnie w domu opieki w Radości.

Podejrzewa, że kierowniczka wyrzuciła jej mamę, bo rodzina za często ją odwiedzała. A wtedy ktoś mógłby zobaczyć terror, jakiemu opiekunki poddawały pensjonariuszki

Prokuratura odmówiła postępowania

Rzeczniczka praskiej Prokuratury Okręgowej Renata Mazur przyznała, że Łukasz K. - który nagrał filmy - zawiadomił śledczych już 4 października. Ale dwa tygodnie później wycofał się. "Powiedział, że w domu pomocy społecznej nie ma żadnych nieprawidłowości, a jego zawiadomienie to wynik zdezorientowania - pracował od kilku dni - i niewiedzy" - mówi Mazur. Dodała, że mężczyzna nic nie mówił wtedy o filmach, które nagrał.

Mimo to sprawę zaczęła wyjaśniać policja, ale ona również nie dopatrzyła się niczego złego. "Podjęto więc decyzję o odmowie wszczęcia postępowania" - tłumaczy prokurator.

Pełnomocnik Fundacji "Betania", prowadzącej prywatny ośrodek, Elżbieta Goszczycka powiedziała PAP, że nie dotarły do niej żadne informacje o przypadkach znęcania się nad kobietami. Według niej nie było także żadnych zawiadomień do prokuratury w tej sprawie. Zapowiedziała też podjęcie kroków prawnych przeciw autorowi artykułu.

Filmy odkrywają prawdę

Na pierwszym filmie widać, jak personel sadza na wózku około 80-letnią "Ziutę". Wózek ma otwór w siedzisku, umożliwiający wypróżnienie. Kobieta wie, co ją czeka. Krzyczy: "Ja nie chcę kupy!". Opiekunka uderza ją w twarz. "Zamknij mordę" - mówi i z całej siły naciska na brzuch staruszki.

"A bo w ryja dostała..."

Na filmie drugim kierowniczka ośrodka szykuje do mycia "Tośkę". Trzy razy uderza ją w twarz otwartą dłonią. "K..., co plujesz? Jak ci zaraz popluję, to się zesrasz!" - wrzeszczy, po czym każe podwładnemu wyjąć "Tośce" sztuczną szczękę. "Co takie czerwone?" - pyta po wyjęciu protezy i sama odpowiada: "A bo w ryja dostała".

To inna opisywana przez dziennik scena: rozbawiona kierowniczka opowiada historię, jak to opiekunka dotykała rozrusznika serca jednej z pensjonariuszek. Pokazuje, jak staruszka dyszała. W międzyczasie wkłada do wanny podopieczną. "Myj się babciu, bo dostaniesz w pilotkę, zaraz cię ocucę" - mówi. Staruszka wyje, kierowniczka przedrzeźnia ją, wyjąc jeszcze głośniej.

"Gnijesz, umierasz..."

Kobiety były kopane w pośladki, gdy poruszały się za wolno - relacjonuje "Polska". Przywiązywano je do łóżek, żeby w nocy nie ściągały pieluch i nie brudziły pościeli. Kierowniczka wiele razy wyzywała niepełnosprawną umysłowo pensjonariuszkę od debili lub "maciory". Do kobiety, która miała na plecach krwawe odleżyny, opiekunka mówiła: "Gnijesz, umierasz".

Drastyczne sceny uwiecznił i przekazał dziennikowi Łukasz K., który przez dwa miesiące pracował w Radości jako poborowy, odrabiający zasadniczą służbę wojskową ze względu na wyznawane zasady moralne. Mężczyzna nie uznaje przemocy - tłumaczy "Polska".

To, co najbardziej nim wstrząsnęło, to scena z 31 października. Gdy przyszedł do pracy, zobaczył jedną ze staruszek w ciężkim stanie. "Siedząc na krześle, zaczęła charczeć i bulgotać" - opowiada. Ale opiekunki tylko stały i przyglądały się. "Akurat trafiła na Święto Zmarłych" - skomentowały. Położyły kobietę do łóżka. Po chwili jedna z opiekunek stwierdziła, że staruszka nie żyje.

Czysty, zadbany dom

Prywatny pensjonat w Radości prowadzony jest przez fundację "Betania". Rodziny i bliscy pensjonariuszek ośrodka niczego do tej pory nie podejrzewali. Niczego nie zauważyli też lekarze, neurolodzy i księża odwiedzający dom - czytamy w "Polsce".

Dziennikarz gazety odwiedził placówkę w Radości. Pisze, że to czysty i zadbany dom, który robi dobre wrażenie. W czasie odwiedzin personel jest serdeczny dla podopiecznych i ich rodzin. Ale to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, to prawdziwy dramat. Żadna z opiekunek nie ma odpowiedniego wykształcenia i nie jest profesjonalną pielęgniarką.

Kierowniczka placówki zaprzecza wszystkiemu, co dziennikowi "Polska" powiedział, ale też pokazał na filmach Łukasz K. Mówi, że w jej placówce nie stosuje się przemocy: ani psychicznej, ani fizycznej. Twierdzi też, że zawiadomiła już prokuraturę o... porzuceniu przez mężczyznę zastępczej służby wojskowej. "On nie wygra tej wojny, w żaden sposób" - mówi.

Śledztwo i policja

Po ujawnieniu szokującego filmu, do domu wkroczyła policja. "To byli dzielnicowi, którzy mieli sprawdzić, co się tam dzieje" - opowiada dziennikowi.pl nadkomisarz Marcin Szyndler, rzecznik stołecznej policji. Policjanci wycofali się, gdy sprawą zajęła się prokuratura. Na jej wniosek, funkcjonariusze zwrócili się z prośbą do redakcji dziennika "Polska" o przekazanie filmów, uwieczniających skandaliczne zachowanie opiekunów.

"Nie wiemy jeszcze, kiedy będziemy przesłuchiwać pensjonariuszy - to zależy od ich stanu zdrowia" - powiedziała dziennikowi.pl prokurator Renata Mazur. "Proszę wierzyć, że podchodzimy do tej sprawy z należytą uwagą i wyjaśnimy wszelkie okoliczności tej bulwersującej sprawy" - zapewniła. Nie chciała jednak udzielić żadnych szczegółowych informacji.

W placówce pojawili się inspektorzy z urzędu wojewódzkiego. To zadziwiające, bowiem kilka godzin wcześniej, wicedyrektor wydziału pomocy społecznej urzędu wojewódzkiego przekonywał nas, że inspektorzy nie mają prawa kontrolować tej placówki. Dlaczego? Bo działa nielegalnie - nie ma pozwolenia wojewody.


Mogą bezkarnie katować podopiecznych

(aut. Violetta Baran, Magdalena Rubaj - Dziennik 5.12.2007)


Pensjonat, w którym torturowane są starsze kobiety, działa bez zezwolenia - ustalił dziennik.pl. "Ta placówka nie ma zezwolenia wojewody, nigdy o nie zresztą nie wystąpiła" - mówi nam Jan Maciejewski z Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. Wstrząsające wydarzenia z prywatnego pensjonatu dla starszych ludzi opisał dziennik "Polska". Jak dowiedział się dziennik.pl, prokuratura wszczęła już w tej sprawie śledztwo.

Jan Maciejewski, wicedyrektor wydziału opieki społecznej w urzędzie wojewódzkim, ujawnia, że prywatny dom opieki w podwarszawskiej Radości nie ma na swą działalność odpowiedniego zezwolenia. "Wiemy, że opiekuje się starszymi ludźmi, ale ponieważ nie ma go w naszych rejestrach, nie mamy prawa go kontrolować" - mówi dziennikowi.pl Maciejewski.

Jak to możliwe? To proste. Wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą w gminie. A potem hulaj dusza, piekła nie ma. Można brać pieniądze od rodzin i katować ich bliskich. Bezkarnie. Bo nikt nie będzie mógł kontrolować placówki, która nie znajduje się w żadnym rejestrze.

"Nie dotarły do nas żadne skargi, ale wiedzieliśmy, że taka placówka istnieje. Bez zezwolenia. Zwróciliśmy się więc do fundacji , która ją prowadzi, o zarejestrowanie działalności. Niestety, do dziś fundacja nie wystąpiła z wnioskiem o pozwolenie" - tłumaczy Jan Maciejewski.

Co mogą zrobić urzędnicy? Praktycznie nic. Mogą jeszcze raz zwrócić się do fundacji z prośbą o wyjaśnienia. I to wszystko. Do czasu, gdy placówka nie uzyska pozwolenia wojewody na działalność, urząd nic nie będzie mógł zrobić - tłumaczy wicedyrektor.

Innego zdania jest Bożena Diaby, rzeczniczka Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Jej zdaniem wojewoda powinien poinformować prokuraturę o przestępstwie. "To nie może być tak, że urzędnik państwowy, który wie o tym, że na jego terenie działa nielegalna placówka, nic nie robi" - mówi dziennikowi.pl.

"Prokuratura rozpoczęła z urzędu śledztwo w sprawie domu opieki w Radości" - poinformowała dziennik.pl prokurator Renata Mazur, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Śledczy zwrócą się do dziennikarzy o udostępnienie filmów, nakręconych w tej placówce. Przesłuchają także pracowników i pacjentów.

Opiekunowie, jak tłumaczy prokurator Mazur, mogą usłyszeć dwa zarzuty: znęcania się nad osobą, która jest pod ich opieką, lub narażenia jej na utratę zdrowia. Jeśli prokuratorzy udowodnią, że opiekunowie działali ze szczególnym okrucieństwem, mogą dostać nawet dziesięć lat więzienia.


Piekło staruszek w domu opieki w Radości
(źródło: TVN24 5.12.2007)

Posłuchaj mężczyzny, który zarejestrował gehennę starszych osób

W podwarszawskiej Radości personel domu opieki znęca się fizycznie i psychicznie nad starszymi i zniedołężniałymi kobietami - informuje "Polska". Gazeta dotarła do filmów, na których widać, że kobiety są poniewierane przez pracowników, a TVN24 dotarło do osoby, która przerażający proceder sfilmowała.
Na filmach nagranych telefonem komórkowym widać jak stare, schorowane i bezbronne kobiety są bite, znieważane i maltretowane. Wideo nagrał i przekazał "Polsce" Łukasz K., który przez dwa miesiące pracował tam jako poborowy odrabiający zasadniczą służbę wojskową.
Łukasz K.: To był jedyny sposób w jaki mógłem zwrócić uwagę na koszmar starszych ludzi w placówce w Radości

- To trudna praca, ja też tam pracowałem osiem godzin dziennie to wiem, że nie jest łatwo. Ale na to co robiły pracownice domu nie ma żadnego usprawiedliwienia. To niedopuszczalne - powiedział na antenie TVN24 Łukasz K. - To nie jest wytłumaczenie, że komuś puściły nerwy. Jak się miały opiekować to powinny się opiekować, a nie wyżywać - dodał.

Kiedy prokuratura zainteresowała się sprawą, wycofał się z zeznań

Łukasz K. próbował zainteresować sprawą urząd pracy i policję, ale jak sam przyznał nie spotkał się ze zrozumieniem. - Uważano, że sobie coś wymyślam, bo nie chciałem pracować w zakładzie. Urząd pracy zgłosił sprawę do prokuratury, ale ja nie miałem wtedy nic, były tylko moje zeznania - opowiada Łukasz. Dodaje, że dlatego właśnie wycofał się ze swoich zeznań, bo "sprawa go przerosła i nie miał dowodów". Kiedy nie udało mu się przenieść do innego ośrodka postanowił, że uwiarygodni w jakiś sposób swoje doniesienia. Nagrał kobiety telefonem komórkowym.

- Chciałem mieć dowody, żeby nie mówiono mi znowu, że coś sobie wymyśliłem, że coś mi się pomieszało. Chciałem, żeby wiedzieli, jaka jest rzeczywistość - tłumaczy.

A jaka jest? Widać było na nagranych przez niego filmach.

"Zamknij mordę!"

K... co plujesz? Jak ci zaraz popluję, to się zesrasz
Kierowniczka ośrodka do podopiecznej Jesteś tu, bo twój mąż cię zostawił dla kochanki. Gnijesz, umierasz.
opiekunka do pensjonariuszkiPierwszy film jest z 11 października. Widać na nim, jak personel sadza na wózku z otworem w siedzisku 80-letnią pensjonariuszkę. "Kobieta wie, co ją czeka. Krzyczy: - Ja nie chcę kupy, ja nie chcę kupy. Opiekunka uderza ją w twarz. - Zamknij mordę - mówi i z całej siły naciska na brzuch kobiety. Na filmie widać pochyloną opiekunkę, która aż stęka z wysiłku, i staruszkę charczącą.

Na nakręconym telefonem komórkowym filmie widać też, jak opiekunki biją swoje podopieczne po twarzy, wmuszają jedzenie, wulgarnie wyzywają, naśmiewają się z nich. - Jesteś tu, bo twój mąż cię zostawił dla kochanki - znęcała się nad jedną z pensjonariuszek opiekunka. - Gnijesz, umierasz - mówiła inna o pacjentce z odleżynami.

Kopane, wiązane, bite

Według relacji Łukasza K. kobiety były też kopane w pośladki, gdy poruszały się za wolno i wiązane w nocy do łóżek, by nie ściągały pieluch i nie brudziły pościeli. Wymuszano na nich wypróżnienie, naciskając z całej siły na brzuch. Jedna z pensjonariuszek została przez przełożoną pobita, gdy próbowała oddać mocz na podwórku. Inna dostała za odebranie poczty od listonosza. - Chcę się stąd wydostać, chcę wrócić do córki - płakała, prosząc Łukasza K. o otworzenie furtki do ośrodka.
Krzysztof Kowalczyk, "Polska"

Nagrane sceny są wstrząsające, podobnie jak relacja byłego pracownika ośrodka. Łukasz K. wytrzymał tam dwa miesiące. Zrezygnował, mimo że za niedopełnienie służby grozi mu nawet więzienie. Zdecydował się opowiedzieć o tym, co się dzieje za murami prywatnego pensjonatu w Radości, prowadzonego przez Fundację "Betania".

1500 zł za miesiąc

Dom opieki w Radości powstał cztery lata temu. Zdaniem fundacji to jedna z najtańszych placówek tego typu. Miesięczny pobyt kosztuje od 1200 do 1500 złotych plus koszt pieluch i lekarstw. W ośrodku pracuje pięć opiekunek, żadna nie jest profesjonalną pielęgniarką. Opiekują się ponad dwudziestoma staruszkami. Kobiety cierpią na demencję i chorobę Alzheimera. Nawiązać kontakt można tylko z kilkoma.

Dziennikarze "Polski" odwiedzili placówkę. - Dom jest czysty i zadbany, robi dobre wrażenie. W czasie odwiedzin personel jest serdeczny i uprzejmy dla podopiecznych i ich rodzin - opisują reporterzy. Rodziny chwalą dom opieki. Drastyczne sceny rozgrywają się jednak bez świadków.

Bliscy nic nie podejrzewają?

Rodziny i bliscy osób przebywających w ośrodku nic nie podejrzewają. Co dziwne, niczego nie zauważyli też lekarze i księża odwiedzający dom. Nie zauważyli lub nie chcieli widzieć, bo filmy dowodzą, że staruszki przeżywają tam prawdziwe piekło.

Kierowniczka ośrodka Katarzyna Zimna stanowczo zaprzecza, by w placówce działo się coś niedobrego. - Pracujemy na pełnych obrotach od 6 rano do wieczora. Nawet Ukrainki zrezygnowały z tak ciężkiej pracy za tak małe pieniądze - mówi gazecie kierowniczka. Także pełnomocnicy Fundacji nie mają żadnych zastrzeżeń do jej pracy. - Nie trzeba mieć ukończonych studiów czy kursów, by prowadzić taki dom - twierdzi Elżbieta Goszycka, żona założyciela Fundacji. - Te panie wzorowo wywiązują się ze swojej pracy - dodaje. Tyle że filmy, na których widać ją i jej pomocniczki, przeczą tym zapewnieniom.

Zimna mówi, że już zawiadomiła prokuraturę o porzuceniu przez Łukasza K. zastępczej służby wojskowej. I dodaje: - On nie wygra tej wojny, w żaden sposób.


10 tys. złotych - możliwa kara dla prowadzących dom opieki w Radości
(aut. zyt - Rzeczpospolita/PAP 5.12.2007)

Wobec domu pomocy społecznej w Radości wszczęto postępowanie w związku z podejrzeniem uchylania się od rejestracji; za takie wykroczenie grozi grzywna do 10 tys. zł - poinformował wojewoda mazowiecki.

Do domu opieki w Radości weszła policja

Jak powiedział Jacek Kozłowski, DPS w Radości, prowadzony przez fundację pomocy niepełnosprawnym "Betania", był już ponaglany do zarejestrowania działalności. Zapewnił, że wszyscy pensjonariusze tej placówki, jeżeli wyrażą taką chęć, zostaną przeniesieni do innych DPS-ów na terenie Mazowsza.

- Można przypuszczać, że na terenie Mazowsza ponad 100 placówek nie wystąpiło o rejestrację - poinformował Kozłowski. Dodał, że dotychczas sześć zostało ukaranych karą grzywny za uchylanie się od tego obowiązku, a wobec kilkunastu toczy się postępowanie.

Prokuratura wszczęła śledztwo

Wszczęto śledztwo w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się nad pensjonariuszami domu pomocy społecznej w Radości - poinformował prokurator okręgowy dla Warszawy-Pragi Dariusz Korneluk.

Jak dodał, praska prokuratura rejonowa badała tę sprawę już w październiku, bo wpłynęła do niej informacja o złym traktowaniu pensjonariuszy, którą sporządził pracownik, oddelegowany przez Wojewódzki Urząd Pracy. Chodzi o Łukasza K., który przez dwa miesiące pracował w placówce, odpracowując zastępczą służbę wojskową. To na podstawie jego wypowiedzi i nakręconych filmów środowy dziennik "Polska" napisał o całej sprawie.

Prokurator wyjaśnił jednak, że mężczyzna w czasie przesłuchania oświadczył, że zawiadomienie napisał "w emocjach" i, jak relacjonował prokurator, tłumaczył, że "trzeba mówić do ludzi starszych podniesionym głosem, bo mają kłopoty ze słuchem, czasem też trzeba stosować wobec nich siłę fizyczną, gdy są niedołężni".

0 W tej sytuacji prokuratura musiała odmówić wszczęcia śledztwa. Teraz - mając nowe materiały - zdecydowano o wszczęciu postępowania - dodał Korneluk.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski uznał sprawę za skandaliczną i zapowiedział, że prokuratura ją wyjaśni.