oprogramowanie komputerowe arisco reklama: PRODUCENT OBUWIA PROFILAKTYCZNEGO WAŁĘSA & PALUCH s.c.

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Niepełnosprawni uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej, którzy nie są w stanie podjąć pracy, będą z nich wyrzucani. Tak mówi nowa ustawa o rehabilitacji zawodowej i społecznej. - Zafundowano nam ją w trwającym roku niepełnosprawnych - podkreślają z ironią rodzice chorych.

Mój mąż zawsze mi mówi: "Jeżeli postanawiasz wynieść jakąś rzecz na strych lub do piwnicy, lepiej od razu wyrzuć to na śmietnik" - opowiada matka, której dziecko uczęszcza na warsztaty terapii zajęciowej przy ul. Emaus. - Lada dzień mój syn może zostać przeniesiony na "strych", a stamtąd już tylko krok do śmietnika - dodaje.

Paweł z zespołem Downa na warsztaty chodzi ponad pięć lat, mająca problemy psychiczne Agnieszka - siedem, a chory na autyzm Krzysztof - dziesięć. Przyzwyczaili się do siebie, do swoich opiekunów. W listopadzie ich rodzice dowiedzieli się, że dzieci nie będą mogły dalej uczęszczać na zajęcia. Nie rokują.

Kto rokuje - zostanie

W lutym 2003 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej. Według niej uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej co najmniej co trzy lata muszą być oceniani przez specjalną komisję pod kątem swoich postępów. Jeśli je czynią, kierownictwo ośrodka powinno zacząć szukać dla nich pracy. Jeśli nie - mają zostać wypisani z warsztatów i umieszczeni w świetlicy pobytu dziennego. To duża zmiana.

- Do tej pory warsztaty były traktowane jako miejsce, z którego chorzy mogli korzystać dożywotnio - tłumaczy Barbara Archacka z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, któremu podlegają tego typu placówki. - W myśl najnowszej ustawy będą mogły na nich przebywać osoby, które rokują, że uda im się znaleźć pracę - tłumaczy.

Według rodziców dzieci niepełnosprawnych, które od dobrych kilku lat uczęszczały na zajęcia, takie postawienie sprawy jest nieludzkie.

- A znajdowanie pracy niepełnosprawnym, którzy uczestniczą w warsztatach, to fikcja. Znam chłopaka, którego posłano do składania rękawic do pary. Nie umiał dać sobie rady, rodzina parowała te rękawice w domu, bo się bała, że go zwolnią. A on podczas pracy siedział na krześle i się kiwał - opowiada jedna z matek.

Sens życia

Na warsztaty terapii zajęciowej przy ul. Emaus chodzi ponad 20 osób. Choć są wśród nich trzydziestolatkowie, wszyscy ciągle nazywani są dziećmi. - Zostaną nimi do końca życia - mówi mama Agnieszki.

Uczestniczą w zajęciach z artterapii, muzykoterapii, uczą się szlifować ramy obrazów papierem ściernym, malują, biorą udział w zajęciach sportowych.

- Dla syna te warsztaty są sensem życia. Odnalazł się. Nie nudzi się, ma co robić. Nie wiem nawet, jak mu powiedzieć, że być może niedługo będzie musiał z nich zrezygnować - opowiada mama Pawła.

Większość rodziców z niechęcią opowiada o świetlicach, do których mogłyby zostać skierowane ich dzieci. Mówią, że w takich miejscach jest stół, połamane kredki i palący papierosy opiekuni, którzy zaledwie zerkną na ich dzieci od czasu do czasu. - Wiem najlepiej, bo mój syn raz tam był - podkreśla jedna z matek.

Nie ma miejsca?

Rozgoryczenie rozumie kierująca ośrodkiem przy Emaus Bożena Raźny.

- Rodzice czuli się tu bezpiecznie, dzieci miały cudowne warunki. Wiem, jak trudno się z tym rozstawać. Ale ja muszę respektować ustawę.

Do tej pory z jej ośrodka zostały wypisane już trzy osoby.

W całym Krakowie jest dziewięć takich placówek. Korzysta z nich 308 chorych. Jak poinformowano nas w MOPS, ich dyrektorzy powinni się powoli zabrać za weryfikację.

- Czy oprócz smutnej świetlicy, która nie prowadzi żadnych zajęć, a jest jedynie przechowalnią, nie ma nigdzie miejsca dla naszych chorych dzieci? - pyta mama Pawła.

Imiona osób uczęszczających na warsztaty zostały na prośbę ich rodziców zmienione.

zobacz też: