| wstecz
Jak w Gdańsku żyje się niepełnosprawnym?
(aut. Piotr Kławsiuć, Dziennik
Bałtycki 4.12.2003; DPS Forum 9.12.2003)
Kończy się Rok Niepełnosprawnych. Postanowiliśmy
sprawdzić, jak wiele barier pozostało jeszcze w mieście do zlikwidowania.
Ewę i Jerzego Jasińskich, małżeństwo poruszające się na wózku inwalidzkim,
poprosiliśmy o wzięcie udziału w eksperymencie socjologicznym. Ich
zadaniem było narysowanie mapy miasta. Miały się na niej znaleźć
miejsca przez nich uczęszczane lub po prostu ważne. Większość z
nas na podobnej mapce umieściłaby najbliższy sklep, dworzec kolejowy,
miejsce pracy, ulubioną knajpkę, pocztę czy kościół. Na mapce państwa
Ewy i Jerzego Jasińskich nie ma większości tych miejsc. Jest tylko
kilka wrzeszczańskich ulic, na nich kilka sklepów, ich dom i przystanek
autobusowy. Brakuje poczty, kościoła, Biura Obsługi Mieszkańców,
na próżno też szukać przystanku SKM. Dlaczego? Bo w te miejsca nie
dotrą na wózkach.
To, co na mapce najbardziej rzuca się w oczy, to mały obszar, jaki
obejmuje.
- No, bo jak mamy jeździć? - pytają Jasińscy. - Pociągi, kolejka
i tramwaje dla nas nie istnieją. Zostają tylko autobusy. Pod tym
względem jest naprawdę dobrze, ale bywa gorzej. Np. nie zawsze kierowcy
chce się opuścić nadwozie autobusu. Wtedy, szczególnie jeśli na
przystanku nie ma krawężnika, bardzo trudno jest nam wjechać nawet
do autobusu niskopodłogowego. Nieraz już się przez to przewracaliśmy.
Bywa, że interesy niepełnosprawnych kłócą się z interesami reszty
społeczeństwa.
- Swego czasu ludzie protestowali przeciwko autobusom jednodrzwiowym
jeżdżącym do Carrefoura. Dla nich było ciasno, ale dla nas to jedyny
sposób na ruszenie się z miejsca.
Kiedy pytamy, dlaczego na rysunku brakuje kościoła, Jasińscy odpowiadają.
- Rzadko chodzimy do kościoła, bo przecież do środka nie wjedziemy.
Tylko na zewnątrz zostać możemy.
Podobny wątek pojawia się w rozmowie o poczcie.
- Takie sprawy załatwiamy przez sąsiadów. Kiedyś poszliśmy do BOM.
Musieliśmy zostać na zewnątrz. Na szczęście jedna z pracujących
tam pań była bardzo miła. Było zimno, ale zeszła do nas w swojej
bluzeczce i załatwiła za nas wszystkie sprawy.
Podobny system Jasińscy opracowali przy robieniu zakupów. - Dwa,
trzy razy w miesiącu wybieramy się po zapasy do Biedronki. A jak
czegoś nam zabraknie, to podjeżdżamy do naszego sklepiku. Do środka
nie wjedziemy, ale zawsze mogę krzyknąć "30 deko surówki, proszę!"
i pani ze sklepu mi przyniesie.
Jasińscy podkreślają jednak, że w mieście zmienia się na lepsze.
- Nie jest źle - mówi Ewa Jasińska. - Jeszcze kilka lat temu na
przejściach dla pieszych były wysokie krawężniki. Teraz jest dużo
podjazdów. W wielu budynkach zrobione są łagodne podjazdy, windy.
Często jednak pomoc udzielana jest bezmyślnie.
- Najgorzej było w sądzie - skarży się pani Ewa. - Owszem, są tam
windy. Tyle tylko że trzeba do nich wejść po schodach i zatrzymują
się na półpiętrach.
Państwo Jasińscy nie są przeciętnymi niepełnosprawnymi. Mają wózek
elektryczny, mieszkają na parterze, PFRON pomógł im w zakupie windy,
którą zjeżdżają na podwórko. Co roku na Wigilię spotykają jednak
wielu znajomych, którzy na co dzień mieszkają uwięzieni w blokach.
Mapy miast tych ludzi mogłyby być naprawdę przygnębiające. |