| wstecz
Mamy tu swoje miejsce
(aut. Agata Bujnicka, Super
Express 10.09.2004; DPS Forum 6.10.2004)

Zasypiają bez strachu o to, co
wydarzy się w nocy. Przestają podejrzliwie patrzeć na schody i kanciaste
ściany. Uczą się spokoju, pewności siebie i poczucia bezpieczeństwa.
W miejscu, o którego istnieniu woleli wcześniej nie myśleć. W domu
opieki.
Organizacja domu, zakres i poziom świadczonych usług powinny
uwzględniać w szczególności wolność, intymność, godność i poczucie
bezpieczeństwa mieszkańców domu oraz stopień ich fizycznej i psychicznej
sprawności.
Starsza pani do dziś wzdraga się na wspomnienie drabiny rozpiętej
pod blokiem. l tłumaczenia znajomej: - To strażacy znaleźli ciało
sąsiadki, która zmarła dwa tygodnie temu... Przeraziła ją wtedy
myśl o takiej śmierci. Postanowiła, że ona tak nie umrze. Dlatego
poszła do domu starców.
Pani Wanda Dowgiało ma 88 lat. - Dużo - uśmiecha się na wspomnienie
bagażu swoich przeżyć w bolszewickim Władykaukazie, niepodległym
Wilnie, wojennej Warszawie, powojennych Michałowicach... - Niedużo
- mówi o swojej nie najgorszej od lat kondycji. Dość wysoka, siwa,
starannie uczesana, śmieje się promiennie. - A wie pani, że w autobusie
mi miejsca nie ustępują, jak mówię, ile mam lat?
Dopiero kiedy powiem, że tylko 12 brakuje mi do setki... Starsza
pani często żartuje ze swojego wieku, bo często jeździ autobusami.
Równie często mówi o strachu. Nie tylko przed samotnością i zapomnieniem.
Także o strachu przed złymi ludźmi.
STRACH PRZED LUDŹMI
Dziesięć lat temu zmarł jej mąż. Myślała, że jakoś sobie bez niego
poradzi. I radziła, do dnia, kiedy do jej mieszkania weszło dwóch
bandziorów, zwabionych myślą o wdowim groszu. Pobili ją, związali,
rzucili na podłogę. A potem zaczęli pytać, gdzie trzyma pieniądze.
Przypalali żelazkiem, krzyczeli, bili. - Nikt nie usłyszał, nie
przybiegł na ratunek - pani Wanda pamięta nieszczere wyrazy współczucia,
wyrażane potem przez sąsiadów.- Kiedy zrozumiałam, że nie mogę na
nich liczyć, zaczęłam szukać swojego miejsca na ziemi - tłumaczy.
- Znalazłam ten dom.
W podobnym domu, w dalekim Oregonie, mieszka jej siostra bliźniaczka.
- Dzieciństwo spędziłyśmy razem, ale na starość przyszło nam żyć
oddzielnie, bo mnie nic nie zmusi, żebym przeniosła się do Ameryki.
A siostry nic nie przekona, żeby zamieszkała tutaj - wzdycha. -
Obie nie mamy dzieci ani nikogo z rodziny, kto by się nami zajął.
Jesteśmy zdane na opiekę innych. Ona na prywatną, bo ją na to stać.
Ja na państwową.
STASIUNIA SŁYSZĘ TYLKO TU
Dom opieki, choć utrzymywany przez państwo, pochłania niemal całą
emeryturę pani Wandy. To, co zostaje, idzie na leki, tańsze dla
pensjonariuszy o całe 10 procent. Czasami zostaje jeszcze na gazetę
czy odrobinę słodyczy. - Niewiele - ocenia pani Wanda. - Ale po
co mi więcej? Najważniejsze, że nie jestem sama. Ktoś zauważy, kiedy
coś mi się stanie, pomoże.- Ciepło robi mi się na sercu, kiedy ktoś
z personelu przytuli mnie i szepnie: "Stasiunia, chodź na spacer"
- mówi profesorowa Stanisława Rotkiewicz (71).- Synowie mówią do
mnie "mamusiu", ale Stasiunia słyszę tylko tu, w domu
opieki. Stan zdrowia pani Stanisławy - zaawansowana cukrzyca, przebyty
udar mózgu powodują, że kobieta wymaga stałej opieki. A synowie
nie mogą tego zagwarantować.
- Obaj ciężko pracują - mówi czule.- Mieszkają w Berlinie, a ja
za nic tam nie pojadę, bo tam kiedyś straciłam córkę i nie chcę
wracać do budzących złe wspomnienia miejsc.
WYBRAŁAM DOBRZE
Starszy syn rzucił wszystko i przyjechał do niej, kiedy zachorowała.
Byli razem tak długo, ile było można. Musiał wracać, więc załatwił
jej miejsce w prywatnym domu opieki. Najlepszym, jaki znalazł. Wciąż
interesuje się nią, pyta, czego mama potrzebuje, często dzwoni,
przyjeżdża. - Nie jestem z moimi dziećmi, ale nie jestem też sama
- wzdycha kobieta. Profesorskiej renty starcza jej akurat na pobyt
w domu opieki. Na mieszkanie, jedzenie, rehabilitację. Czego więcej
trzeba ?Broniła się przed myślą o domu opieki. Zostawić mieszkanie?
Stare kąty? Wspomnienia? Znajomych? Płakała,krzyczała, że nigdy.-
Ale nie miałam innego wyjścia - mówi. - Kiedy w domu przewróciłam
się i upadłam, byłam sama. Mogłam umrzeć. Nie umarłam. Więc dokonałam
wyboru. Nie dlatego, że tak chciałam, ale z rozsądku. Wiem, że wybrałam
dobrze.
JA TUTAJ, A ON TAM
- Ja też jestem rozsądna - mówi pani Danuta Dej (75 l.). To rozsądek
kazał jej kiedyś zgodzić się na to, żeby mąż zamieszkał w warszawskim
Domu Opieki Kombatanta. Ją już wtedy rozkładała choroba Parkinsona,
on chorował na serce. Nie mogli sobie nawzajem zapewnić opieki,
więc poszedł tam, gdzie lekarze i personel mieli na niego oko cały
czas. Rok później choroba odebrała jej zdolność chodzenia. Chciała
znaleźć się blisko męża, ale w domu, w którym mieszkał, nie było
wolnych miejsc... Dzieci nie mogły zająć się nią, więc umieściły
ją w prywatnym domu opieki. Na przeniesienie tam męża nie starczyło
im już pieniędzy. - To dlatego osiem miesięcy temu umarł tam beze
mnie - uśmiecha się smutno. - Ja tutaj, a on tam...
STAROŚĆ DOPADA
- Ja bez męża jestem od 26 lat - przedstawia się pani Melania Kustra
(70 l.) Od pierwszego września jest pensjonariuszką domu opieki.
W karcie chorobowej pani Melanii lekarz napisał: po operacji kręgosłupa
lędźwiowego niezbędna jest całodobowa opieka pielęgnacyjna. Szpital
nie mógł zapewniać tego w nieskończoność, dzieci nie miały warunków.
Prywatne pielęgniarki żądały kwot, od których kręciło się w głowie
-10 zł za każdą godzinę albo nawet więcej. Dom opieki był jedynym
wyjściem. - Dom opieki... - kręci głową starsza pani. - Miejsce,
którego istnienia kiedyś nie przyjmowałam do wiadomości. Wiedziałam,
że gdzieś istnieje. Dla innych. Nie dla mnie. - Wszyscy tak myślimy,
dopóki nie dopadnie nas starość i niedołęstwo - potakuje Jan Tomaszek
(64 l.). Męski rodzynek w kobiecym towarzystwie, samotny z wyboru,
bo od lat rozwiedziony. Zaliczył jeden po drugim dwa udary mózgu,
nie mógł mieszkać sam. Niechodzący, lewostronnie sparaliżowany,
w pełni świadomy tego, że bliscy nie dadzą sobie rady z jego codzienną
pielęgnacją. Nie chciał być dla nich ciężarem. Wybrał dom opieki.-
Ja kiedyś wzięłam ten adres z czystej grzeczności, od syna sąsiadki
ze szpitalnego łóżka - dorzuca pani Janina (85 l.). - On miał naprawdę
potężny problem - nieprzytomną od kilku miesięcy matkę i zniedołężniałą
babcię. Obie tu umieścił, a że domyślił się, że i ja takiej opieki
mogę potrzebować, wcisnął mi karteczkę z adresem. Okazało się że
było to najlepsze, co mógł mi dać. Mam cukrzycę, w każdej chwili
mogę się odcukrzyć, stracić przytomność, zemdleć. W domu towarzyszył
mi strach -czy zdążę wezwać pomoc. Tu są ludzie, którzy zdążą.
- Nie widzę ich za dobrze, ale wiem, że są - mówi pani Karolina
(86 l.). Powoli, ale nieodwracalnie traci wzrok, ma trudności z
poruszaniem się. Po tym, jak kiedyś kilku młodzieniaszków napadło
na nią w domu, na klatce schodowej, straciła wiarę w ludzi. Po tym,
jak zaczęły ją oszukiwać prywatne opiekunki, przestała wierzyć,
że sama sobie poradzi. - Moje oczy nie nadają się już do patrzenia,
nogi nie chcą już chodzić, wymagam pielęgnacji i troski. Synowie
mają swoje życie. Ja też mam swoje. Tutaj.
POBUDZAJĄ DO ŻYCIA
- To nie żadna umieralnia ani poczekalnia przed śmiercią - mówią
zgodnie pensjonariusze domów opieki. - Dom spokojnej starości. Bo
starość potrzebuje spokoju. - Nikt w domu opieki ludzi nie morduje,
do niczego nie zmusza - buńczucznie dodaje pani Wanda. - Przeciwnie,
namawiają tu do aktywności, pobudzają do życia. - Cóż z tego, że
jesteśmy starzy i zniedołężniali - kręci głową pani Karolina - Jesteśmy
wciąż potrzebni. Naszym bliskim i sobie nawzajem. Nikt nie jest
w stanie przewidzieć, w jakim towarzystwie znajdzie się na stare
lata. My mamy to szczęście, że znaleźliśmy się w swoim. Dobrym.
- Nie znaliśmy się wcześniej uśmiecha się "król rodzynek".
- Ale mamy podobne problemy, podobne doświadczenia i potrzeby. To
łączy. Dogadujemy się jakoś.
- To nie żadne poświęcenie rzucić dotychczasowe życie, znajome
ulice, swoje ściany i sprzęty - mówi pani Stanisława. - To prosty
wybór w sytuacji, kiedy człowiek wiele do wyboru już nie ma. Jak
tu jechałam, byłam już spakowana. Dawne życie zostawiłam za sobą.
Ale stare mieszkanie zachowałam. Na wszelki wypadek. Na nieoczekiwaną
odmianę losu.- Bo mimo wieku i chorób my wciąż mamy nadzieję - mówi
pani Melania.- I wciąż tą nadzieją żyjemy. Bo wie pani, starość
też chce w coś wierzyć...
Redakcja "Super Expressu" dziękuje dyrekcji domu
opieki "Wigor" w Legionowie za pomoc w zebraniu materiałów
do artykułu.
To warto wiedzieć
Pobyt w domu pomocy społecznej jest odpłatny. Do domu pomocy społecznej
kieruje się m. in. na podstawie:
- pisemnego wniosku osoby ubiegającej się o skierowanie do domu,
złożonego w ośrodku pomocy społecznej, właściwym ze względu na
miejsce zamieszkania
- wywiadu środowiskowego (rodzinnego) przeprowadzonego przez
pracownika socjalnego,
- opinii ośrodka pomocy społecznej dotyczącej stopnia niepełnosprawności
osoby ubiegającej się,
- opinii powiatowego zespołu do spraw orzekania o stopniu niepełnosprawności,
- wniosku osoby niepełnosprawnej intelektualnie przebywającej
w domu, która ukończyła 30 lat lub jej opiekuna prawnego,
- decyzji o przyznaniu zasiłku stałego wyrównawczego lub renty
socjalnej i zgody na potrącanie opłaty za pobyt w domu ponadlokalnym,
- decyzji organu emerytalno - rentowego ustalającego wysokość
renty lub emerytury i zgody na ponoszenie opłat za pobyt oraz
na jej potrącanie przez organ emerytalno-rentowy,
- oświadczenia o wysokości dochodu osoby ubiegającej się, rodziny
zobowiązanej do ponoszenia opłaty, dochodu dziecka, w przypadku
gdy opłatę ponosić będzie opiekun prawny,
- zaświadczenia o uprawnieniach kombatanta lub osoby będącej
ofiarami represji wojennych i okresu powojennego.
Do domu pomocy społecznej może być też kierowana osoba na podstawie
orzeczenia sądu.
Gdzie znaleźć adres
Na stronie internetowej:http://www.dps.pl znajduje się serwis informacyjny
domów pomocy społecznej. Można tam odnaleźć adresy kilkuset dps-ów
z całej Polski. Na stronie jest też forum, gdzie opinie o konkretnych
placówkach wypowiadają rodziny pensjonariuszy. |
 |
|