|
wstecz
Niepełnosprawni wyrzucani z Warsztatów
Terapii Zajęciowej
(aut. Olga Szpunar, Gazeta
Wyborcza 14.11.2003; DPS Forum 20.11.2003)
Niepełnosprawni uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej, którzy
nie są w stanie podjąć pracy, będą z nich wyrzucani. Tak mówi nowa
ustawa o rehabilitacji zawodowej i społecznej. - Zafundowano nam
ją w trwającym roku niepełnosprawnych - podkreślają z ironią rodzice
chorych.
Mój mąż zawsze mi mówi: "Jeżeli postanawiasz wynieść jakąś
rzecz na strych lub do piwnicy, lepiej od razu wyrzuć to na śmietnik"
- opowiada matka, której dziecko uczęszcza na warsztaty terapii
zajęciowej przy ul. Emaus. - Lada dzień mój syn może zostać przeniesiony
na "strych", a stamtąd już tylko krok do śmietnika - dodaje.
Paweł z zespołem Downa na warsztaty chodzi ponad pięć lat, mająca
problemy psychiczne Agnieszka - siedem, a chory na autyzm Krzysztof
- dziesięć. Przyzwyczaili się do siebie, do swoich opiekunów. W
listopadzie ich rodzice dowiedzieli się, że dzieci nie będą mogły
dalej uczęszczać na zajęcia. Nie rokują.
Kto rokuje - zostanie
W lutym 2003 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o rehabilitacji
zawodowej i społecznej. Według niej uczestnicy warsztatów terapii
zajęciowej co najmniej co trzy lata muszą być oceniani przez specjalną
komisję pod kątem swoich postępów. Jeśli je czynią, kierownictwo
ośrodka powinno zacząć szukać dla nich pracy. Jeśli nie - mają zostać
wypisani z warsztatów i umieszczeni w świetlicy pobytu dziennego.
To duża zmiana.
- Do tej pory warsztaty były traktowane jako miejsce, z którego
chorzy mogli korzystać dożywotnio - tłumaczy Barbara Archacka z
Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, któremu podlegają tego typu
placówki. - W myśl najnowszej ustawy będą mogły na nich przebywać
osoby, które rokują, że uda im się znaleźć pracę - tłumaczy.
Według rodziców dzieci niepełnosprawnych, które od dobrych kilku
lat uczęszczały na zajęcia, takie postawienie sprawy jest nieludzkie.
- A znajdowanie pracy niepełnosprawnym, którzy uczestniczą w warsztatach,
to fikcja. Znam chłopaka, którego posłano do składania rękawic do
pary. Nie umiał dać sobie rady, rodzina parowała te rękawice w domu,
bo się bała, że go zwolnią. A on podczas pracy siedział na krześle
i się kiwał - opowiada jedna z matek.
Sens życia
Na warsztaty terapii zajęciowej przy ul. Emaus chodzi ponad 20
osób. Choć są wśród nich trzydziestolatkowie, wszyscy ciągle nazywani
są dziećmi. - Zostaną nimi do końca życia - mówi mama Agnieszki.
Uczestniczą w zajęciach z artterapii, muzykoterapii, uczą się szlifować
ramy obrazów papierem ściernym, malują, biorą udział w zajęciach
sportowych.
- Dla syna te warsztaty są sensem życia. Odnalazł się. Nie nudzi
się, ma co robić. Nie wiem nawet, jak mu powiedzieć, że być może
niedługo będzie musiał z nich zrezygnować - opowiada mama Pawła.
Większość rodziców z niechęcią opowiada o świetlicach, do których
mogłyby zostać skierowane ich dzieci. Mówią, że w takich miejscach
jest stół, połamane kredki i palący papierosy opiekuni, którzy zaledwie
zerkną na ich dzieci od czasu do czasu. - Wiem najlepiej, bo mój
syn raz tam był - podkreśla jedna z matek.
Nie ma miejsca?
Rozgoryczenie rozumie kierująca ośrodkiem przy Emaus Bożena Raźny.
- Rodzice czuli się tu bezpiecznie, dzieci miały cudowne warunki.
Wiem, jak trudno się z tym rozstawać. Ale ja muszę respektować ustawę.
Do tej pory z jej ośrodka zostały wypisane już trzy osoby.
W całym Krakowie jest dziewięć takich placówek. Korzysta z nich
308 chorych. Jak poinformowano nas w MOPS, ich dyrektorzy powinni
się powoli zabrać za weryfikację.
- Czy oprócz smutnej świetlicy, która nie prowadzi żadnych zajęć,
a jest jedynie przechowalnią, nie ma nigdzie miejsca dla naszych
chorych dzieci? - pyta mama Pawła.
Imiona osób uczęszczających na warsztaty zostały na prośbę ich
rodziców zmienione.
zobacz też:
|