|
wstecz
Olimpijskie gwiazdy na bruku
(aut. Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak,
Gazeta
Wyborcza 21.10.2005; dps.pl 26.11.2005)
Gdy przywożą z olimpiad naręcze medali, oblegają ich dziennikarze,
lgną do nich politycy. Ale potem niepełnosprawni mistrzowie wracają
do domów, chowają medale do szuflad i zastanawiają się, za co przeżyć
do następnych zawodów.
Zbierałem pieniądze na platformę (konieczną do wyjeżdżania na wózku
inwalidzkim z domu). Kiedy miałem już 36 tys. zł i znikąd możliwości
zdobycia brakujących pięciu, zadzwoniłem do Roberta Korzeniowskiego.
Wspomniał kiedyś, że pomaga niepełnosprawnym, i dał do zrozumienia,
że mogę na niego liczyć. Robert po chwili milczenia odpowiedział:
- Mirek, będę brutalnie szczery: wszystko, co miałem, już wydałem.
Trochę byłem zaskoczony, ale prosiłem: - Robert, na rynku bydgoskim
wykorzystałem wszystkie źródła. Może byś chwilę pomyślał i doradził,
do kogo o pieniądze uderzyć. On po krótkim zastanowieniu rzekł:
- No wiesz, co ja będę polecał jakiegoś Piesaka z Bydgoszczy. Pięć
tysięcy to dużo pieniędzy. To mnie ścięło. Podziękowałem i powiedziałem,
że znajdę te pięć tysięcy u dobrych ludzi.
(Z sylwetki Mirosława Piesaka - pływaka, czterokrotnego medalisty
igrzysk paraolimpijskich, zamieszczonej w encyklopedii "Od
Paryża 1924 do Aten 2004 - Polscy Medaliści Olimpijscy i Paraolimpijscy"
pod red. Witolda Duńskiego).
Z jedzeniem kombinowałem, łapałem ryby
Tomasz Blatkiewicz - 33 lata.
Dwukrotny złoty medalista igrzysk w Atenach, w pchnięciu kulą
i rzucie dyskiem. Mistrzostwa świata w Nottingham w 2001 r. - złoto
w rzucie dyskiem, srebro w pchnięciu kulą.Mistrzostwa świata w Lille
w 2002 r. - złoto w pchnięciu kulą i brąz w rzucie dyskiem. Mistrzostwa
Europy w Helsinkach w 2005 r. - dwa złote medale.Mistrzostwa Europy
w Assen w 2003 r. - złoto w kuli i dysku. Dwukrotny, aktualny rekordzista
świata.
Lewostronny niedowład ręki i nogi spowodowany dziecięcym porażeniem
mózgowym.Urodził się w szóstym miesiącu ciąży, ważył 1200 gramów.
Operowany metodą Ilizarowa (wielokrotne łamanie i rozciąganie kości
krótszej nogi).Tomek rósł we wsi Lubniewice, trzydzieści kilometrów
od Gorzowa. W dzieciństwie stracił ojca, przypadkowo zastrzelonego
na polowaniu. Matka rencistka musiała utrzymać dom, Tomka i dwie
córki. Nie zawsze starczało na chleb.- Mieliśmy jakieś 750 zł na
miesiąc, kombinowałem z jedzeniem.
- Jak kombinowałeś?
- Miałem wędkę, łapałem ryby. Nie było mowy o normalnym życiu
nastolatka, najczęściej zamykałem się w sobie i siedziałem w domu.
W szkole wykształcili mnie na stolarza tapicera, ale kiedy szukałem
pracy, nikt, zupełnie nikt mnie nie chciał. Mówili, że boją się,
czy czegoś sobie nie zrobię przy maszynie - mówi Tomek. Widać, że
ta rozmowa go krępuje, woli mówić o swoich zwycięstwach i rekordach
świata, nawet o kalectwie, niż o wcześniejszej biedzie.
Życie Tomka zmienił jeden wyjazd do Gorzowa. Szedł ulicą, gdy
ktoś dotknął jego pleców. Trener Zbigniew Lewkowicz zapytał, czy
nie chciałby wziąć udziału w zajęciach dla niepełnosprawnych.28-letni
Tomek odżył: pięć, sześć razy w tygodniu po kilka godzin intensywnego
treningu. Na obozach i zgrupowaniach ćwiczył i wreszcie najadał
się do syta. Pierwsze sukcesy przyszły już po dwóch latach. Po igrzyskach
paraolimpijskich w Atenach (podwójne złoto) stał się gwiazdą dzięki
transmitowanej w telewizji gali "Najpopularniejszy Sportowiec
Roku". - Jako najlepszego niepełnosprawnego zaproszono mnie
na scenę zaraz po zwyciężczyni konkursu Otylii Jędrzejczak. Byłem
okropnie zdenerwowany, bo kazali mi coś powiedzieć. Z początku wszystko
było dobrze, ale jak wszyscy zaczęli bić brawo i długo nie przestawali,
łzy stanęły mi w oczach i zapomniałem języka w gębie. Gdybym nie
miał karteczki, którą sobie wcześniej przygotowałem, uciekłbym ze
sceny. Z tego wzruszenia, kiedy dali mi nagrodę - statuetkę, trzymałem
ją tyłkiem do publiczności. Jak teraz oglądam to na wideo, trochę
mi głupio - śmieje się mistrz olimpijski.Blatkiewicz wita nas daleko
przed domem, prowadzi do środka. Uśmiech rzadko schodzi z twarzy
olbrzymiego (194 cm), barczystego mężczyzny. Z niemal dziecięcą
radością pokazuje świeżo przywieziony medal z mistrzostw w Helsinkach.
Gdy ma pozować do zdjęcia, protestuje - musi wpierw założyć dres
narodowej reprezentacji z dużym orłem. Gdy go zakłada, poważnieje.
Znalazł pracę jako roznosiciel ulotek, lokalny PKS ufundował mu
bilet z rodzinnej wsi do Gorzowa i z powrotem (żeby jeździł za darmo
na treningi). Rodziny klub daje buty, dresy. Pojawiło się kilku
sponsorów. - Dają czasem po 50, 100 zł, zdarza się kilkaset. Jak
robię zakupy, kupuję jedzenie, to zawsze zbieram dla nich paragony.
Żeby widzieli, na co wydaję ich pieniądze, że nie marnuję. Bo ja
pochłaniam dużo jedzenia.Po Atenach dostał premię, dzięki medalom
na mistrzostwach Europy i świata ma sportowe stypendium - 800 zł
miesięcznie. Po mistrzostwach w Helsinkach przedłużą Blatkiewiczowi
stypendium o kolejny rok.
Nie chcę być honorowym
Krzysztof Smorszczewski - 42 lata. Złoto w pchnięciu kulą na igrzyskach
w Sydney w 2000 r. z rekordem świata, złoto w Atenach. Złoty medal
w pchnięciu kulą na mistrzostwach świata w Birmingham w 1998 r.Złoto
w pchnięciu kulą i brąz w rzucie oszczepem na mistrzostwach świata
w Lille w 2002 r. Mistrzostwa Europy w Nottwill w Szwajcarii w 2001
r. - złoto w kuli. Mistrzostwa Europy w Assen w 2003 r. - złoto
w kuli, brąz w oszczepie. Mistrzostwa Europy w Helsinkach - złoto
w kuli. Do tego około 50 medali mistrzostw Polski.
Pracował na kolei. Miał 24 lata, był 1 maja, godz. 18.30. Wyskakiwał
z pociągu Białystok - Wrocław, chwila nieuwagi i stracił nogi pod
kołami. Kulę pcha ze specjalnego wózka inwalidzkiego.Gdy opuścił
szpital, wysłano go - w ramach rehabilitacji - na zgrupowanie z
niepełnosprawnymi lekkoatletami. Tam zaczął trenować. W kadrze jest
od 1998 r. - Co rok medal, w kuli jeszcze nie przegrałem - opowiada
z dumą.
- Przed występem w Sydney nie spałem pół nocy. Ale udało się:
wygrałem złoto z największym rywalem, Duńczykiem Rene Nilsenem.
Smorszczewski: - Nigdy nie zapomnę tych kilkudziesięciu tysięcy
widzów bawiących się na stadionie w Atenach. U nas imprezy niepełnosprawnych
są smutne, ogląda je garstka ludzi.
Po wypadku wrócił do pracy na kolei. Na krótko. - Niepełnosprawnego
traktuje się u nas jak nienormalnego - mówi. Nie tylko w pracy -
po olimpiadzie w jednej z lokalnych gazet plebiscyt na najlepszego
sportowca w regionie wygrał jakiś piłkarz. A mnie przyznano poza
konkursem tytuł "honorowego sportowca". Niechbym i przegrał,
ale w tej samej kategorii, ze wszystkimi!
Dwukrotny mistrz olimpijski mieszka z matką na parterze w bloku
na jednym z białostockich osiedli. Dwa pokoje, w dużym meblościanka,
ława i dwa fotele. Najcenniejszym meblem w mieszkaniu jest specjalny
(lekki i zwrotny) wózek inwalidzki. Sześć razy w tygodniu wożą go
na wyczerpujące treningi. Jacyś sponsorzy? - Gdy idę do sponsora,
słyszę pytanie: gdzie cię widać w mediach? A nas paraolimpijczyków
w mediach nie widać. Z Sydney w telewizji nie było nawet relacji.
Dopiero w Atenach, gdy nasi pełnosprawni sportowcy marnie wypadli,
telewizja zainteresowała się nami. Ale kilka dni temu, po powrocie
z mistrzostw w Helsinkach, próbowałem znaleźć coś o moim medalu
w internecie. Nic, cisza. W telewizji obejrzałem ostatnio program
o niepełnosprawnych sportowcach. Nadali go w sobotę o siódmej rano,
kiedy wszyscy śpią.Smorszczewski ma 690 zł renty plus 900 zł stypendium
miesięcznie. W grudniu - koniec ze stypendium, mimo że zdobył złoto
w Helsinkach. - W pchnięciu kulą nie było ośmiu zawodników w mojej
grupie. Próbowałem jeszcze w oszczepie, tam miałem ośmiu, ale zająłem
dopiero szóste miejsce.
Przeżyć rok po złocie
W Polsce ćwiczy blisko 8 tysięcy niepełnosprawnych sportowców.
- Na rządowe stypendium - spośród kilkuset kadrowiczów - może liczyć
zaledwie 40-50 osób rocznie - mówi Witold Dłużniak, prezes Polskiego
Związku Sportowego Niepełnosprawnych "Start" i wiceprezes
Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. - Większość z nich żyje ze
skromnych rent. Serce mi pęka, kiedy widzę, jak na zgrupowaniach
wybitny sportowiec ze wstydem prosi o dokładkę ziemniaków czy chleba.
Zasady przyznawania stypendiów określa rozporządzenie ministra edukacji
narodowej. Przepis mówi, że może je otrzymać zawodnik kadry narodowej,
który zajął pierwsze, drugie lub trzecie miejsce w mistrzostwach
świata lub Europy. Jest jedno "ale": w danej konkurencji
musi wystartować co najmniej ośmiu zawodników lub - w konkurencjach
drużynowych - przynajmniej sześć zespołów. W przeciwnym wypadku,
nawet gdy zawodnik pobije rekord świata, nie dostanie złotówki.
- Zasady są sztywne. Jeśli ktoś nie spełnia kryteriów, jesteśmy
bezradni - mówi Dłużniak.
- Przecież to okrutne!
- No bo ministerstwo nie wzięło pod uwagę, że w większości konkurencji
niepełnosprawni są podzieleni na kilka grup, zależnie od rodzaju
i stopnia schorzenia. Poza tym ekipy narodowe wysyłają na zawody
tylko najlepszych, którzy mają szansę na zwycięstwo. Sportu paraolimpijskiego
na całym świecie nie stać - jak w sporcie zdrowych - na wyszkolenie
setek wysokiej klasy zawodników. W praktyce często się zdarza, że
na imprezie w jednej grupie startuje pięciu, sześciu wybitnych,
a organizatorzy mistrzostw świata czy Europy nie przejmują się przecież
polskim przepisem i nie będą na siłę kompletować nieszczęsnej ósemki.
- Gdy jadę na imprezę, najpierw patrzę, czy "mam ośmiu"
- mówi Smorszczewski. - Sportowy sukces to rzecz niezwykle ważna,
ale żeby zwyciężać, trzeba najpierw z czegoś żyć. Teraz po złocie
w Helsinkach muszę przetrzymać przynajmniej rok bez pieniędzy. I
myśleć, czy na następnej imprezie będzie ośmiu.
Po Sydney dostał 10 tys. zł nagrody. - Dziesięć razy mniej niż
zdrowi - mówi. Po Atenach było lepiej - 30 tys. PKOl dawał zdrowym
za złoto 120 tys. plus samochód.
Smorszczewski: - Jeszcze jedno: po zakończeniu kariery każdy zdrowy
medalista olimpijski dostaje specjalną rentę - około dwóch tysięcy
złotych miesięcznie.
Dłużniak: - Od lat prowadzimy batalię o przyznanie niepełnosprawnym
medalistom paraolimpijskim podobnych rent. Bijemy głową w mur. Politycy,
gdy są sukcesy, garną się do niepełnosprawnych. Ale niewielu pamięta
o nich, gdy idzie o pieniądze.
Nam, politykom też nie jest lekko
Igrzyska Paraolimpijskie w Sydney w 2000 r. były olbrzymim sukcesem
Polski. Nasza ekipa wróciła z 53 medalami: 19 złotych, 22 srebrne,
12 brązowych. Prezydent Aleksander Kwaśniewski dał medalistom po
orderze.
Wśród odznaczonych był m.in. kulomiot Smorszczewski: - Przed wyjazdem
do Sydney żegnała nas sama pani prezydentowa, na lotnisko przyjechał
premier Jerzy Buzek. Po Atenach dostałem od premiera Marka Belki
książkę. Miło było.W styczniu 2003 r. posłowie z sejmowej komisji
sportu zajęli się propozycją przyznania paraolimpijczykom rent.
By mieli za co żyć, gdy ich kariera dobiegnie końca. W praktyce
chodziło o zrównanie ich praw z przywilejami zdrowych mistrzów olimpijskich.
- Byłby to wyraźny wkład Polski w obchody roku niepełnosprawnych
- przekonywał w imieniu autorów projektu Jan Łączny z Samoobrony.
Zaznaczał, że wysokość renty jest do dyskusji.
Chwilę później przemówił poseł SLD Zygmunt Ratman: - Jestem przeciwny
rozszerzaniu świadczeń na medalistów paraolimpijskich [...]. Niepełnosprawni
korzystają w Polsce z systemu, który zabezpiecza ich byt. Oczywiście,
możemy współczuć, że te świadczenia są skromne, ale to samo można
powiedzieć o wynagrodzeniu lekarzy, nauczycieli, policjantów czy
strażaków. Nie da się ukryć, że również my - posłowie - na tle innych
parlamentów europejskich wcale nie jesteśmy w czołówce, mimo że
elektorat oraz media często wypominają nam wysokość naszych zarobków.Na
koniec poseł Ratman wyciągnął wnioski: - Trudno się zgodzić z poglądem,
że mistrz paraolimpijski jest równy mistrzowi olimpijskiemu, mimo
pełnej atencji dla jego wysiłku i wkładu pracy. Komisja uznała,
że Polski nie stać na renty dla paraolimpijczyków. W Sejmie większość
klubów poparła stanowisko komisji. W imieniu SLD wypowiadał się
poseł Jerzy Kulej, dwukrotny złoty medalista olimpijski (1964 i
1968 r.) w boksie. Jeszcze kilka tygodni wcześniej był za przyznaniem
rent medalistom paraolimpiad, teraz namawiał do odrzucenia własnego
projektu.
Sprawą rent dla paraolimpijczyków zajęła się miesiąc później senacka
komisja sportu. - Większość zdrowych medalistów olimpijskich to
ludzie dobrze sytuowani. W przeciwieństwie do niepełnosprawnych,
którzy często nie mają z czego żyć. Chodzi o 42 osoby i 500 tys.
zł rocznie. Budżet to udźwignie - przekonywał senatorów prezes Dłużniak.
Po krótkiej dyskusji senatorowie zadecydowali, by przełożyć sprawę
na następne posiedzenie. - Następnego posiedzenia w tej sprawie
już nie było - mówi Dłużniak.Po porażce w parlamencie siatkarze
- medaliści paraolimpijscy z Seulu (brąz) i Barcelony (srebro) -
wysłali list do prezydenta Kwaśniewskiego. Prosili, by prezydent
sam wniósł projekt ustawy przyznającej im renty, które dostają zdrowi
olimpijczycy. - Nawet nie dostaliśmy odpowiedzi.
63-letni Kazimierz Robert, brązowy medalista olimpijski w siatkówce
z Seulu, zaskarżył Polskę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka
w Strasburgu. Twierdzi, że różnicowanie uprawnień zdrowych i niepełnosprawnych
medalistów olimpijskich to zwykła dyskryminacja. Domaga się 10 600
euro odszkodowania. Trybunał nie odrzucił skargi, pozew Roberta
przeciwko Polsce czeka na proces i wyrok.Kilkanaście miesięcy po
swoim przemówieniu w Sejmie - podczas igrzysk w Atenach - poseł
Jerzy Kulej znów przypomniał sobie o niepełnosprawnych kolegach.
- Będę zmieniał podpisy pod projektem zmian w ustawie o rentach
specjalnych. Tym ludziom trzeba pomóc - oświadczył w mediach, wykonując
już drugi zwrot w swych poglądach. I tym razem skończyło się na
słowach.
Sport albo chleb
Artur Wąsowicz, 22 lata, od trzech w kadrze narodowej. Drugie miejsce
na mistrzostwach świata w 2002 r. Rok temu zajął z drużyną czwarte
miejsce.
Ma zdeformowaną prawą rękę. Mieszka w spartańskich warunkach,
we wsi trzydzieści kilometrów od Wrocławia. Stary domek musi pomieścić
także rodziców i pięcioro rodzeństwa. Dwa razy w tygodniu Wąsowicz
dojeżdża pociągiem do Wrocławia na wyczerpujące treningi (sam zawodnik
nie miałby pieniędzy na bilety, opłaca je klub). Jest jednym z dwóch
najzdolniejszych młodych niepełnosprawnych siatkarzy. - Nadzieja
polskiej reprezentacji, zrobił olbrzymie postępy - chwali młodszego
kolegę dwukrotny medalista olimpijski Janusz Kłos. - Nie ma lekko,
dla niego sport jest życiową szansą.Artur próbował zarabiać. Z zawodu
jest introligatorem, ale w końcu udało mu się znaleźć tylko posadę
ochroniarza. - Odpowiedzialna, niebezpieczna praca. Po 12 godzin
dziennie za 850 zł. Nie mogłem jej pogodzić ze sportem, odpuściłem.Młody
kadrowicz wkłada na razie całą energię w sport. Ale ogarniają go
wątpliwości: - Wiem, że niedługo będę musiał zdecydować, co robić
w życiu. Jeśli znów stanę przed wyborem: sport, który kocham, ale
nie daje mi chleba, albo praca, która daje mi chleb, wybiorę pracę.
Taką decyzję podjął już starszy kolega Wąsowicza z drużyny Piotr
Matuszkiewicz (nie ma ręki). To dwukrotny mistrz świata, raz zajął
z drużyną drugie miejsce. Trzykrotnie zdobywał puchar świata. Na
olimpiadzie w Sydney otarł się o podium - Polacy zdobyli czwarte
miejsce. Pierwszą pracę stracił, gdy szef przestał dostawać refundację
z PFRON na jego zatrudnienie. Z drugiej odszedł sam, pracodawca
krzywił się na częste wyjazdy na zgrupowania kadry.Teraz pracuje
w małej szwalni. - Znów stary problem, mam tylko trzy tygodnie płatnego
urlopu, to nie wystarcza nawet na zgrupowania. Zostaje urlop bezpłatny,
ale przecież nie mogę co rusz prosić zmiennika, żeby pracował za
mnie. Na regularne treningi też brak mi czasu i siły. Gdy człowiek
wraca do domu po 12 godzinach pracy, nie myśli o grze w siatkówkę.
Matuszkiewicz coraz częściej opuszcza zgrupowania. Podobnie jak
kilku starszych, doświadczonych kolegów, którzy też wybrali pracę,
nie pojechał na ostatni puchar świata do Kanady. Polska drużyna
zajęła piąte miejsce na sześć startujących ekip.
Co dalej? Nie myślę o tym
Prezes Startu Witold Dłużniak ostrzega: - Jesteśmy światową potęgą
na paraolimpiadach. Ale to się za chwilę skończy, jeśli nikt na
serio nie potraktuje tych ludzi. Na całym świecie na sport inwalidów
idą olbrzymie pieniądze, paraolimpiady są traktowane bardzo poważnie.
Wiemy już, że Chińczycy szkolą armię niepełnosprawnych, by zdominować
igrzyska w Pekinie. A nasi mają dylemat: uprawiać sport czy zarabiać
na chleb.
Krzysztof Smorszczewski: - Za medal w Atenach paraolimpijczycy
z Grecji mieli obiecane identyczne nagrody jak sprawni mistrzowie.
W Australii nasi niepełnosprawni koledzy są równie popularni jak
zdrowi sportowcy. Reklamują produkty, są twarzami instytucji finansowych,
banków. Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie czujemy się
jak sportowcy drugiej kategorii. I ludzie drugiej kategorii. Będę
startował tak długo, jak mi zdrowie pozwoli. Myślę o dobrym występie
w Pekinie za trzy lata. Co będzie później? Nie myślę o tym.
Tomek Blatkiewicz skończył pozować do zdjęcia, ściąga kadrową
czapeczkę, zdejmuje medal z szyi.
- Nie chcę, żeby ktoś mówił, że nasz sport to forma rehabilitacji,
terapia, próba znalezienia miejsca w życiu. Na naszym poziomie to
jest normalny wyczyn. - Ludzie muszą pojąć, że niepełnosprawny mistrz
najpierw uporał się ze swoją słabością, potem oddał serce Polsce,
i to Polsce grali "Mazurka", kiedy on stał na podium.
A tu, kiedy się zużyje - na bruk. Ten sportowiec chce niewiele,
tylko odrobinę spokoju na starość.
- Co będziesz robił za kilka lat, po zakończeniu kariery?
Z twarzy pogodnego sportowca znika uśmiech. - Poświęciłem się
sportowi. Nie wiem. Czasem zastanawiam się, jak to będzie. Gdy będę
zniszczony, schorowany i nie będę miał nawet pieniędzy na leczenie.
A leczyć się muszę do końca życia - mówi Tomasz. - Odpycham od siebie
te myśli, boję się ich.
Witold Dłużniak: - Może nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem. Byłem
za miękki. Po wyborach [rozmawiamy przed nimi] wezmę np. Natalkę
Partykę, dwukrotną medalistkę w tenisie stołowym z Aten, naszą wielką
nadzieję, Blatkiewicza, Mirosława Piesaka i kilku innych wielkich
mistrzów, medalistów olimpijskich i zaprowadzę, na wózkach zawiozę
do Sejmu. I wtedy, panowie posłowie, powiedzcie im prosto w oczy
bez ogródek: mamy was w dupie!
Medalista posłem
Dwa tygodnie przed wyborami mistrz olimpijski poseł Jerzy Kulej
znalazł chwilę na spotkanie z nami. Chwilę, bo trwała kampania,
a on startował do Sejmu, tym razem z SdPl. - Zawsze byłem za przyznaniem
rent niepełnosprawnych - zaczął, więc szybko mu przerywaliśmy. Pokazaliśmy
stenogram z posiedzenia Sejmu, gdzie wzywał go głosowania przeciw.
- A faktycznie, ale wtedy to w SLD mi tak kazali, dyscyplina partyjna.
Wiecie, jaka to była partia, dlatego z niej odszedłem. Ale, jak
chcecie, możemy wspólnie zrobić jakąś akcję, żeby im przyznali te
renty. Mamy jeszcze dwa tygodnie. Kulej sam co miesiąc bierze ok.
2 tys. zł olimpijskiej renty.Wybory za nami, Kulej przepadł. Za
to do Sejmu - po raz pierwszy w jego historii - dostał się medalista
paraolimpijski. Łuczniczka Małgorzata Olejnik (złoto w Atlancie,
srebro w Sydney, nie ma nóg) została posłanką z listy Samoobrony.
Wcześniej utrzymywała siebie i dziecko z 600- złotowej renty i stypendiów
po zwycięstwach w zawodach. - Bo ja zawsze miałam ośmiu - śmieje
się. - Teraz moim pierwszym, najważniejszym zadaniem jest przekonanie
parlamentarzystów, by dali nam prawo do rent sportowych. Musi mi
się udać.
|