|
wstecz
Co się dzieje w domu starców w Białej
Wielkiej?
(aut. Wioletta Bąk, Gazeta
Wyborcza 23.03.2003; DPS Forum 31.03.2003)
Nie wiadomo gdzie spędziła miesiąc 86-letnia
kobieta. Czy gdzieś wędrowała, czy więziono ją w domu starców w
Białej Wielkiej k. Lelowa? Tajemniczą placówką od dawna próbowano
zainteresować policję i prokuraturę. W niedzielę, 23 marca, dom
prowadzony przez Marka N. jest tematem nocnego "Superwizjera"
w TVN.
O domu, prowadzonym przez Stowarzyszenie św. Brata Alberta, założonym
przez Marka N. pisaliśmy wiele razy. Do "Gazety" zgłaszali
się krewni i byli pensjonariusze, którzy twierdzili, że starych
i chorych ludzi źle się tam traktuje, zabiera im oszczędności i
renty. Jednak śledztwo, które prowadziła w tej sprawie myszkowska
prokuratura, umorzono z braku dowodów. Teraz były współpracownik
Marka N. złożył przeciw niemu nowe doniesienie.
Ireneusz Respondek twierdził, że krakowianka Agnieszka Jaśniewska
trafiła tam wbrew swej woli i mogła potwierdzić jego oskarżenia.
Gdy chcieliśmy sami skontaktować się z panią Jaśniewską, dowiedzieliśmy
się, że kobiety już tam nie ma, bo uciekła na... Ukrainę. Przekonywali
nas o tym nawet urzędnicy, których prosiliśmy o pomoc.
Dom w Białej Wielkiej
Dom dla starych, niedołężnych i schorowanych ludzi w Białej Wielkiej
pod Lelowem, założony przez Marka N., istnieje od ponad dwóch lat.
Początkowo działał bez żadnych zezwoleń pod egidą także założonego
przez N. Stowarzyszenia św. Brata Alberta. W grudniu 2002 roku został
wpisany do rejestru Zakładów Opieki Zdrowotnej, prowadzonego przez
Śląski Urząd Wojewódzki. Odtąd ma prawo używać nazwy Niepubliczny
Zakład Pielęgnacyjno-Opiekuńczy Stowarzyszenia Wspólnoty św. Brata
Alberta. Kierownikiem placówki została Wanda O., lekarz pediatra,
która już wcześniej opiekowała się pacjentami. Według dokumentów
złożonych w Urzędzie w Domu powinno być zatrudnionych osiem pielęgniarek.
Nasz informator twierdzi, że nie ma żadnej, leki i zastrzyki podaje
jedna z niewykwalifikowanych pracownic.
Domem w Białej trzykrotnie interesowała się prokuratura. Po raz
pierwszy wiosną 2002 roku, po doniesieniu Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego,
do którego zgłosiła się córka jednej z pensjonariuszek, oburzona
sposobami traktowania podopiecznych. Irena G. z Sosnowca, która
przez kilka dni mieszkała tam, czuwając nad chorą matką. Prokuratura
umorzyła jednak śledztwo w sprawie znęcania się przez Marka N. nad
pensjonariuszką. Po przesłuchaniu kilku podopiecznych i pracowników
domu prokurator uznał, że nie ma dowodów pozwalających na postawienie
zarzutów komukolwiek z personelu. Nikt z mieszkańców nie potwierdził,
żeby był świadkiem pobicia. Irena G. osobiście nie była świadkiem
pobicia ani poniżania starych ludzi, wszystko, co zeznała prokuraturze,
wiedziała z rozmów z pensjonariuszami. Matka pani G. nie była w
stanie potwierdzić słów córki, bo podobnie jak wielu innych pensjonariuszy
nie mogła zeznawać ze względu na stan zdrowia (postępująca miażdżyca,
utrudniony kontakt).
Przesłuchiwani pracownicy twierdzili, że wszystko jest
w jak najlepszym porządku.
Tymczasem, mniej więcej równolegle z umorzeniem sprawy w prokuraturze,
do Domu w Białej zawitali dziennikarze z TVN. Gdy w jednym z pomieszczeń
Marek N. opowiadał w superlatywach o działalności swojego Stowarzyszenia,
inny dziennikarz z mikrofonem zakradł się do sali, gdzie siedzieli
pensjonariusze. - Zatrzymali mnie siłą - płakała jedna ze staruszek.
- Zabrali wszystko. Chciałabym uciec na jakiś pociąg. Wrócić do
domu.
Mieszkańcy twierdzili, że są źle traktowani i zabiera im
się pieniądze.
Latem 2002 r. o ściganie Marka N. wystąpił do prokuratury inny
były pensjonariusz, który po dwóch miesiącach pobytu uciekł z Białej
do domu w Łódzkiem. Twierdzi, że N. ubliżał domownikom, więził ich
i zabierał pieniądze, ograniczał pomoc lekarską. - To człowiek zachłanny
na cudzą własność - mówił K.-S. - Okrada ludzi nie tylko za życia.
Po śmierci odbiera ubezpieczenia pensjonariuszy. Prokuratura odmówiła
wszczęcia dochodzenia, uznając, że Marian K.-S. powinien dochodzić
swych roszczeń, wytaczając Markowi N. proces cywilny.
Po raz trzeci - 27 lutego 2003 - wszczęto tzw. czynności sprawdzające
po doniesieniu złożonym przez Ireneusza Respondka. "Gazeta"
przez miesiąc tropiła ślady starszej pani. Tymczasem - wbrew zapewnieniom
Marka N. - okazało się, że Agnieszka Jaśniewska nadal mieszka w
jego domu w Białej.
- Policjanci z Koniecpola potwierdzają, że ta pani przebywa na
terenie ośrodka - poinformowała nas w piątek Katarzyna Staciwa,
rzeczniczka częstochowskiej policji. Postępowanie w sprawie domu
Marka N. trwa.
Agnieszka już tu nie mieszka?
Agnieszka Jaśniewska, rocznik 1917. Nie wygląda na swoje lata.
Siwe włosy uczesane w koński ogon. Nie za chuda, nie za gruba, średniego
wzrostu. W lutym zniknęła - tak przynajmniej twierdził Marek N.,
założyciel domu dla samotnych, starych ludzi
Na taśmie nagranej przed niespełna rokiem przez dziennikarzy TVN
Agnieszka Jaśniewska mówi: - Jestem tutaj przypadkiem. Tęsknię za
Krakowem. Chcę tam wrócić (by tę rozmowę nagrać, trzeba było podstępu.
Jeden dziennikarz przeprowadzał wywiad z kierownikiem, inny w tym
samym czasie z ukrytym mikrofonem przedarł się do mieszkańców).
- Ona tak płakała, że chce wracać do domu. Powtarzała, że jest
w Białej przez pomyłkę. Kraków to było całe jej życie - potwierdza
Ireneusz Respondek, współzałożyciel domu, niegdyś prawa ręka N.,
szefa Fundacji "Chleba i Życia".
Respondek w styczniu opuścił Dom w Białej. W lutym zaczął mówić,
że mieszkającym tam staruszkom - przede wszystkim tym chorym na
miażdżycę - dzieje się krzywda. Że są bici, poniżani. - Jeść tam
nie brakuje, trzy posiłki dziennie, ale brakuje ducha miłości -
mówił.
Większość (ze słów Respondka wynika, że ponad 30 osób na 50) podopiecznych
ma postępującą miażdżycę, nie bardzo wiedzą, co się nimi dzieje,
kontakt z nimi jest prawie niemożliwy. Agnieszka Jaśniewska była
jego zdaniem jedną z niewielu sprawnych umysłowo pensjonariuszy,
która mogła potwierdzić jego słowa. Cóż, kiedy zniknęła...
Ty diable
Lat 86. Poprzedni adres zamieszkania: Kraków, ul. Górczana. Samotna
stara panna, bardzo pobożna.
- Przyjechała do Częstochowy na pielgrzymkę na Jasną Górę, żeby
się pomodlić - opowiada Respondek. - Niestety, po drodze, chyba
w pociągu, poznała jakąś kobietę, która okazała się oszustką. Ukradła
jej wszystkie oszczędności. Starsza pani nie miała za co wrócić
do Krakowa. Tułała się po Jasnej Górze, po dworcach w Częstochowie.
W końcu zainteresowała się nią opieka społeczna.
Był koniec 2001 roku. Ktoś wysłał kobietę do Białej.
Od początku nie spodobało jej się miejsce, z którego nie mogła
swobodnie wychodzić do kościoła. Marek N. też nie polubił Agnieszki.
Mówił do niej: ty diable.
Respondek: Żyła Krakowem. Wszystkim opowiadała o tamtejszych kościołach.
O mieszkaniu. Chciała tam wrócić. Chyba nawet nie wiedziała, albo
nie chciała wierzyć, że już nie ma domu.
Respondek opowiada o wizycie w Krakowie przy ul. Górczanej.
- Mieszkanie było zaniedbane. Pajęczyny wisiały po kątach. Jeden
wielki bałagan. Ale... jaki by ten dom nie był, zawsze to jej mieszkanie.
Mówiłem N.: Jak Ona chce wracać do Krakowa, niech wraca. Ale on
się nie zgodził. Przeszukał to mieszkanie, zabrał, co uważał za
cenne. Oddał lokal administracji.
Pobożna była
Sparaliżowany Kazimierz K. spędził w Białej rok. Doskonale zapamiętał
tę kobietę: - Co najmniej miesiąc siedzieliśmy na stołówce przy
jednym stoliku - opowiada, powoli i trudnością formułując zdania.
- Pobożna była. W Białej na ścianie wisiał portret świętego Alberta.
Ona patrzyła w niego, ręce składała i mówiła: "Święty Alberciku,
zejdź tu i napraw to zło". Bo nam tam gorzej chyba było niż
w Oświęcimiu.
Podczas Bożego Narodzenia mężczyzna uprosił rodzinę, żeby nie musiał
już wracać do Białej.
Kary psychologiczne
- Pan Marek kary nam wymyślał, najczęściej takie... no... psychologiczne.
Wiedział, że lubię palić, to mi zakazywał papierosów. Przez tydzień
nie ma palenia - mówił. A jak kiedyś rodzina dała pieniądze, to
mi je z ręki wyrwał - opowiada K., któremu kiedyś Marek N. publicznie
ogolił głowę do samej skóry.
Dlaczego?
- Może mu coś nie tak powiedziałem. Ja nie mogę chodzić, na wózku
jestem. To ciągle miał pretensje, że źle mu tym wózkiem stawałem.
Kiedyś rozkazał, żeby mi wózek zabrali. Ludzie, którzy tam pracują,
zawsze słuchają poleceń pana Marka. Nie mogłem się poruszać, musiałem
cały dzień siedzieć w stołówce. Do ubikacji mnie prowadzili. Patrzyłem
wtedy na mój wózek. Tam stał.
Obcym wstęp wzbroniony
Do Domu w Białej nie wpuszcza się dziennikarzy. N., choć wysłał
do redakcji faks z informacjami obciążającymi Respondka, nie chce
rozmawiać o tym z "Gazetą". - Nic nie pamiętam, nic nie
wiem - i odkłada słuchawkę.
Chcę się skontaktować z Agnieszką Jaśniewską. Dzwonię do Białej.
- Czy pani jest krewną? - pyta jakaś kobieta, która przedstawia
się tylko: stowarzyszenie.
- Nie, ale...
- To kim pani jest? - przerywa.
Robię błąd. - Dziennikarką - mówię.
Trzask odkładanej słuchawki. Przy próbie ponownego połączenia słychać
tylko pisk włączonego faksu.
Milczy także Wanda O., lekarka pediatra, która opiekuje się pensjonariuszami,
a od grudnia ubiegłego roku jest oficjalnym kierownikiem placówki.
- Zajmuję się medycyną, dbam o kondycję pacjentów i robię to prawidłowo.
W inne dziedziny nie wkraczam. Zresztą... mamy złe doświadczenia
z prasą - tłumaczy, odmawiając dalszej rozmowy.
Zniknęła? Uciekła?
Próbuję dotrzeć do Agnieszki drogą urzędową: - Słyszałam, że w
Białej są co najmniej dwie osoby niezadowolone z warunków, w jakich
żyją - informuję Ryszarda Majera z częstochowskiego oddziału Urzędu
Wojewódzkiego. Podaję dane Agnieszki Jaśniewskiej i pana W., o którym
też opowiadał Respondek.
- Ta kobieta może być przetrzymywana wbrew własnej woli - dodaję.
Majer obiecuje wysłać do Białej "na rozpytanie" urzędniczki
z lelowskiej opieki społecznej. Po kilku dniach informuje: W. nie
zgłosił żadnych skarg. Pani Agnieszki tam nie ma.
Nie ma? Dlaczego?
Tego Majer nie wie. Podobno karetka pogotowia zawiozła ją do jakiegoś
szpitala. Radzi zapytać w Lelowie.
Pracownice tamtejszej opieki społecznej nie chcą rozmawiać. - Nie
mamy takiego obowiązku, takiej osoby tam nie ma - odpowiada zirytowanym
głosem pani S.
Szukamy kobiety na własną rękę. Ktoś z obsługi domu mówił podobno,
że wywieziono ją karetką pogotowia. Ktoś inny, że trafiła do szpitala
psychiatrycznego.
Ani w Częstochowie, ani w Lublińcu takiej pacjentki nie ma. I nie
było. Także dyrektor pogotowia twierdzi, że w tym roku nie miał
wezwania do pacjentki o takim nazwisku.
Wycieczka na Ukrainę?
Marka N. łapiemy na komórkę (razem z TVN), pytamy o Agnieszkę Jaśniewską.
N: Pojechała na Ukrainę - odpowiada.
- Jak to? Przecież ona ma ponad 80 lat. Tak nagle pojechała? Zimą?
N: - Ta pani lubiła sobie pojeździć.
- Kiedy wyjechała? Samochodem, autobusem?
N: - Nie wiem kiedy, nie wiem, w jaki sposób. Nic nie wiem, nie
udzielam informacji.
- Ale podobno ona została z Białej wywieziona karetką...
N: - Nie wiem, czym pojechała. Mieszkańcy mogą wyjeżdżać w każdej
chwili czym chcą... - N. rozłącza rozmowę.
Respondek: - Może N. ją gdzieś ukrył? Już wcześniej, jak mieli
przyjechać jacyś goście, zamykano ją w pokoju.
Jest połowa lutego. Niepubliczny Zakład Pielęgnacyjno-Opiekuńczy
Stowarzyszenia i Wspólnoty św. Brata Alberta w Białej Wielkiej pod
Lelowem od grudnia 2002 ma status niepublicznego ZOZ. Podlega więc
Śląskiemu Urzędowi Wojewódzkiemu. O wyjaśnienie losów pani Agnieszki
proszę dyrektora Jacka Czaplę.
W pierwszych dniach lutego jego podwładni nie zostali nawet wpuszczeni
za drzwi domu w Białej. Druga kontrola odbyła się (w tajemnicy przed
dziennikarzami) tydzień później.
- Agnieszki Jaśniewskiej tam nie ma, podobno zawieziono ją do szpitala
i stamtąd uciekła - informuje dyrektor Czapla.
Nie szuka nikt
Dzwonię do dyrekcji Zespołu Szpitali Miejskich w Częstochowie,
której podlega szpital Biegańskiego. Paweł Gałkowski, zastępca dyrektora
ZSM: - Nikt, ani lekarze, ani personel izby przyjęć nie słyszał
o pacjentce o takim nazwisku.
A może kobieta tuła się gdzieś po częstochowskich dworcach albo
trafiła do jakiejś noclegowni? - U nas jej nie ma - stwierdza Iwona
Borysiuk z częstochowskiego MOPS, który prowadzi miejskie schronisko.
- Nikt o takim wyglądzie nie trafił w ostatnim czasie w nasze ręce
- stwierdza Katarzyna Staciwa, rzecznik częstochowskiej policji.
- Ale to dziwne, bo zwykle gdy z innych placówek pomocy społecznej
ucieka jakiś pacjent, ich szefowie szybko nam ten fakt zgłaszają.
A o zaginięciu tej pani nikt policji nie informował...
Stosowny wniosek powinna złożyć albo placówka, w której
przebywała, albo rodzina.
Krystyna K., bratanica Agnieszki Jaśniewskiej, mieszka w centrum
Krakowa (na ul. Floriańskiej). O losie ciotki dowiaduje się od dziennikarzy.
- Nie weźmiemy ciotki do siebie, nie mamy warunków. Poza tym...
jak sobie pościeliła, tak niech śpi...
Bratanica ma ogromny żal do ciotki. Dlaczego? - Przez mieszkanie.
Parę lat temu mówiłam jej: Wezmę cię do siebie, a w tamtym mieszkaniu
zameldujemy moją córkę. To nie chciała. Ciotka to trudny człowiek
do współżycia, rządzić chciała, sama mieszkać. Pieniądze miała,
rentę - do skarpety, a potem - po sklepach latać i prosić, że niby
biedna.
Wcześniej, w grudniu 2001 roku, Krystyna K. zawiadomiła policję
o zniknięciu ciotki. Twierdzi, że policja poinformowała ją, że Agnieszkę
odnaleziono w szpitalu w Warszawie. Potem otrzymała wiadomość, że
przyjęto ją do domu pomocy w Białej.
- Rozmawiał ze mną taki młody pan, kazał na siebie mówić brat Marek.
Tak załatwił eksmisję, że mnie nawet nie powiadomili.
Czy wiedziała, że ciotka nie chce mieszkać w Białej?
- Przyszedł stamtąd list, prosiła, żeby ją zabrać, ale to już było
po tym, jak oddali mieszkanie. Dlaczego nie zadzwoniła albo nie
napisała wcześniej?
Marek N.
Rocznik 1974. Sierota. Wychowanek zakonnych ośrodków wychowawczych,
wykształcenie podstawowe. Posługiwał się pieczątką, na której przed
nazwiskiem jest skrót br.
Do Częstochowy trafił w połowie lat 90. Był w nowicjacie zakonnym,
w niewyjaśnionych okolicznościach szybko opuścił zakon.
W 1997 roku wraz z Ireneuszem Respondkiem założył Stowarzyszenie
"Chleba i Życia", pomagające ubogim, starym, bezdomnym.
Został jego prezesem. Stowarzyszenie wynajęło w podczęstochowskim
Olsztynie dom dla ludzi jesieni życia, w którym miała działać placówka
opiekuńcza dla starych i bezdomnych. Niedługo potem okazało się,
że dwie pensjonariuszki tego domu zostały do niego przez N. i jego
ludzi porwane. 71-letnią wówczas Genowefę z Bukowna siłą wsadził
do swego samochodu. Sąsiedzi, którzy ruszyli jej na pomoc, powiadomili
władze gminy. Ta - policję. W czasie śledztwa kobieta twierdziła,
że N. nie tylko ją porwał, okradł z oszczędności, zabrał dokumenty,
ale także więził w prowadzonym przez siebie domu.
75-letnią Rozalię z Częstochowy Marek N. też uprowadził z jej mieszkania.
Tym razem żaden z sąsiadów nie zareagował na krzyki staruszki. Po
kilku dniach kobieta zobaczyła, że N. ma jej meble, dywany, pościel
("moimi sprzętami wyposażył sobie gabinet, wypłacił pieniądze
z moich trzech książeczek oszczędnościowych" - cytat z procesu).
Upomniały się o nią siostrzenice, które o losie swej ciotki zaalarmowały
policję.
Dom w Olsztynie - jako nielegalny - zamknięto. Za uprowadzenie
i przetrzymywanie obu kobiet Marek N. został skazany na półtora
roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 400 zł
grzywny. Sąd uznał, że oskarżony działał w warunkach ograniczonej
poczytalności (ze względu na upośledzenie umysłowe ma przyznaną
rentę, w 1997 roku leczył się psychiatrycznie). Obecnie wyrok uległ
już zatarciu.
Ireneusz Respondek
Były pracownik domu w Białej niegdyś prawa ręka N. szefa Fundacji
"Chleba i Życia". Z zawodu piekarz, obecnie bezrobotny.
W połowie lat 90. zakładał z N. stowarzyszenie "Chleba i Życia",
był jego wiceprezesem. W 1997 roku współpracował przy stworzeniu
domu dla ludzie starych i bezdomnych w Olsztynie, zamkniętego, jako
nielegalny przez lokalne władze. Pod koniec lutego złożył do prokuratury
doniesienie, w którym opisał wiele przypadków złego traktowania
mieszkających lat staruszków.
Wioleta Bąk; Gazeta Wyborcza
|