| wstecz
W Gdańsku bili ?
(aut. DJA, JUL; Dziennik
Bałtycki 21.06.2003; DPS Forum 25.07.2003)
zobacz też:
Koniec z biciem
Kto jest odpowiedzialny za brak kontroli nad Rodzinnym Domem Dziecka
w Gdańsku Oliwie, należącym do Fundacji "Rodzina Nadziei"?
Jak ujawniliśmy, w tym domu dochodziło do przypadków bicia wychowanków.
Dlaczego przez lata opiekę nad dziećmi powierzano niekompetentnym
osobom? Jak kontrolowane są inne gdańskie placówki, gdzie przebywają
dzieci?
- Nam to kontroli nie brakuje - twierdzi Krzysztof Strycharski,
wraz z żoną Henryką Krzywonos-Strycharską prowadzący Rodzinny Dom
Dziecka. - Sprawdzają nas MOPS, Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy, Sąd
Rodzinny, od czasu do czasu odwiedza nas kurator, piszemy sprawozdania...
Poza tym automatycznie jesteśmy pod nadzorem pedagogów ze szkół,
do których chodzą dzieci...
Mimo zmasowanych kontroli, placówka Strycharskich jest normalnym
domem.
- Tworzymy rodzinę - mówi pan Krzysztof. - Opiekujemy się dzieciakami
przez całą dobę. Kochamy je. A tam, gdzie jest miłość, problemów
nie rozwiązuje się przemocą.
Pracowników MOPS zaskoczyło stwierdzenie Urszuli Burtowicz, inspektora
Wydziału Polityki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego, że pracy pedagogicznej
Fundacji "Rodzina Nadziei" powinien przyglądać się Miejski
Ośrodek Pomocy Społecznej.
- Bardzo byśmy chcieli mieć ku temu uprawnienia, ale to niemożliwe
- mówi Sylwia Ressel, rzecznik MOPS. - Nadzór opiekuńczo-wychowawczy
nad domem rodzinnym fundacji podlega organom wojewody. Określa to
rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej z 29 sierpnia
2000 r. i ustawa o pomocy społecznej. Zgodnie z rozporządzeniem,
do urzędników wojewódzkich należy nadzór wychowawczo-pedagogiczny
nad placówką, w tym m. in. badania zasadności pobytu dziecka, przestrzeganie
standardów usług opiekuńczo-wychowawczych oraz przestrzeganie praw
dziecka.
Dziwi też postawa szkoły, do której chodził Damian, chłopiec pobity
w placówce przy ul. Grottgera. Prosząca o anonimowość pani psycholog
z tej szkoły z uznaniem wypowiadała się o pracy fundacji. Jednak
w dostarczonym na policję "Zeszycie raportów" (wypełnianym
przez wychowawców z oliwskiej placówki) można przeczytać, że Damian
skarżył się w szkole, iż jest głodzony i bity. Nauczyciele nie potraktowali
poważnie skarg chłopca i przekazali jedynie informację o nich...
jego wychowawcom. Tymczasem w domu przy ul. Grottgera sytuacja wraca
do normy.
- Osoby, co do których były zastrzeżenia, już tu nie pracują -
powiedział nam wczoraj "dziadek" Eugeniusz, jedyny opiekun
akceptowany przez wychowanków. - Dzieci są zadowolone, że zostały
ze mną. I jest spokój. |