|
wstecz
Plama na honorze fundacji
(aut. Justyna Lulkiewicz, Dorota
Abramowicz; Dziennik Bałtycki
18.06.2003; DPS Forum 25.07.2003)
zobacz też:
- W Gdańsku bili ? (aut.
DJA, JUL; Dziennik Bałtycki 21.06.2003; DPS Forum 25.07.2003)
- Kto nadzorował wychowawców
z "Rodziny Nadziei"? (aut. Justyna Lulkiewicz,Dorota
Abramowicz; Dziennik Bałtycki 20.06.2003; DPS Forum 25.07.2003)
- Plama na honorze fundacji (aut. Justyna Lulkiewicz, Dorota Abramowicz;
Dziennik Bałtycki 18.06.2003; DPS Forum 25.07.2003)
Dzieci przebywające w oliwskim domu Fundacji "Rodzina Nadziei"
są bite - skarżyła się w redakcji Małgorzata Jasińska, mama 10-letniego
Damiana.
- Zobaczyłam u syna siniaki. Potem mały zaczął skarżyć się na wychowawców.
Nie mogłam jednak niczego udowodnić, dopóki nie zdobyłam tego -
i pokazała nam zeszyt.
Lekko wymięty brulion formatu A-4. Na pierwszej stronie nazwa -
"Zeszyt Raportów". I pieczątka - Dom Rodzinny Fundacji
,Rodzina Nadziei". W środku 49 kartek, zapisanych przez czworo
wychowawców, opiekujących się 24 dziećmi, mieszkającymi w oliwskiej
placówce. W sprawozdaniach czytamy: "Dwukrotnie musiałem wykręcić
jej rękę, by doprowadzić ją do porządku", "Przyłożyłem
paskiem Rafałowi i się trochę uspokoiło", "Chwytam go
za nadgarstek, wykręcam, ląduje na ziemi", "Wtedy dostał
klapsa, jak dostał, zaczął krzyczeć, że chce do pogotowia opiekuńczego".
Prezes fundacji powiadomiony przez nas w poniedziałek o "raporcie
z bicia" zażądał zwrotu brulionu, informując o zgłoszeniu "kradzieży"
na policji. Tego samego dnia wieczorem sami przewieźliśmy zeszyt
do komisariatu przy ul. Kaprów w Gdańsku. Sprawą zajął się prokurator.
- Dyrektor placówki i jeden z wychowawców zostaną zwolnieni z pracy
- zapowiedziała wczoraj wiceprezes fundacji Danuta Walus. - W ubiegłym
tygodniu drugi z wychowawców sam zrezygnował. Nie zgadzamy się z
tym, co działo się w jednej z naszych placówek.
O Fundacji "Rodzina Nadziei" do tej pory pisaliśmy raczej
dobrze. Powstała przed trzynastoma laty. Zrzesza zapaleńców, którzy
starają się pomóc dzieciom z rodzin biednych i patologicznych. Pokrzywdzone
przez los dzieciaki trafiają do trzech placówek - w Gdańsku, Wejherowie
i Liniewku. Dlatego też z dużym niedowierzaniem przyjęliśmy opowieść
Małgorzaty Jasińskiej z Gdańska.
- Pomóżcie mi odzyskać dzieci - zdenerwowana kobieta w ubiegłym
tygodniu przyszła do redakcji. - Powiedziano mi, że mój młodszy
syn Damian trafi do rodziny zastępczej.
Kobieta twierdzi, że źródłem jej problemów jest bieda. Sama wychowuje
14-letnią Kingę i 10-letniego Damiana.
- Z niedożywienia dostałam anemii - mówi. - Straciłam pracę i sytuacja
stała się beznadziejna. Poczułam, że nie mam siły żyć. Wzięłam dzieci
i zaprowadziłam do komisariatu policji. Poinformowałam dyżurnego,
że chcę się zabić.
Wiele godzin błądziła po mieście, wreszcie trafiła na Srebrzysko.
Niecałe dwa tygodnie leczyła się z depresji. Dzieci zostały przewiezione
do pogotowia opiekuńczego. Kinga obecnie przebywa w ośrodku wychowawczym
pod Bydgoszczą, Damian od trzech miesięcy mieszka w jednym z domów
"Rodziny Nadziei".
- Przychodziłam często do syna - mówi matka. - Podczas kąpieli
zauważyłam u dziecka zasinione ramię. Interweniowałam u pani dyrektor.
Usłyszałam, że jestem niezrównoważona psychicznie.
W piątek rano prezes Grzegorz Foppke deklaruje, że jak najszybciej
wyjaśni sprawę i jeszcze tego samego dnia przyjedzie do redakcji.
Towarzyszą mu: Anna Łaszcz, dyrektorka domu przy ul. Grottgera oraz
Witold Bruski, który opiekował się Damianem w pogotowiu na Leczkowa.
- Matka buntuje dziecko i bezpodstawnie oskarża wychowawców - twierdzi
prezes.
Dyrektorka domu zapewnia: - Nie stosujemy takich metod wychowawczych,
nie bijemy dzieci! Nie ma mowy nawet o wymierzaniu klapsów!
- Znam Damiana i jego matkę - dodaje Witold Bruski. - Nie mogę
wiele powiedzieć o postępowaniu wychowawców w placówce, ale uważam,
że Damianowi jest tu lepiej niż w domu.
Małgorzata wprawdzie przedstawiła nam zaświadczenie psychiatry,
że jedynym jej problemem jest depresja, ale opinia trzech szanowanych
osób wydaje się nam bardziej wiarygodna.
W poniedziałek rano do naszych rąk trafia "Zeszyt Raportów"
wypełniany przez wychowawców z ul. Grottgera między 13 lutego a
10 czerwca br. - To był nasz wewnętrzny środek komunikacji - wyjaśnia
pan Eugeniusz, najstarszy wychowawca z domu przy ul. Grottgera.
- Dzięki niemu, przejmując dyżur, dowiadywaliśmy się, czy np. jakieś
dziecko nie jest chore.
Raporty pana Eugeniusza są krótkie i nie ma w nich wzmianek o karach
cielesnych. Jednak dwóch innych wychowawców, Tomek i Piotr oraz
pani dyrektor, piszą o wykręcaniu rąk, praniu paskiem w goły tyłek,
przewracaniu na podłogę, "łapaniu za chabety"... Pan Eugeniusz
widział raporty. Niestety, nie miał wpływu na postępowanie wychowawców.
Informujemy dyrektorkę o tym, że w redakcji znajduje się zeszyt.
- To są trudne dzieci - rozkłada ręce Anna Łaszcz. - W poprawczaku
nie mają takich, jak my, problemów. Przyznaję, że dwaj nasi pracownicy
są niewydolni wychowawczo, jednak nie miałam wpływu na ich dobór
i nie mogłam ich zwolnić. Zresztą, kto chciałby tak ciężko pracować
za grosze...
Tego samego dnia przed godziną 18 w redakcji pojawia się wiceprezes
fundacji, Danuta Walus. Żąda zwrotu zeszytu, dodając, że fakt kradzieży
został już zgłoszony policji.
- Nie mieliście prawa tego czytać - oznajmia telefonicznie prezes
Foppke. - Zaraz poprosimy policjantów, by odebrali z redakcji raporty.
Po wyjściu pani wiceprezes zawozimy zeszyt do komisariatu przy
ul. Kaprów. Wcześniej kserujemy interesujące nas strony.
- Prokuratura w ciągu 7 dni podejmie decyzję, co z tym zrobić -
poinformowała nas policja. Wczoraj przedstawiciele fundacji zmienili
stosunek do dziennikarzy. Mogliśmy porozmawiać z wychowawcą lubianym
przez dzieci panem Eugeniuszem.
- Damian jest dobrym dzieckiem - mówi wychowawca. - Ale czasem
bywa nadpobudliwy i bardzo wulgarny. Tu zresztą nie ma łatwych dzieci.
Ja w takiej sytuacji sadzam go na pufie, czytam mu książkę i czekam,
aż się uspokoi.
Bez świadków też rozmawialiśmy z dziećmi.
- Dziadek Gienek jest "w porzo" - powiedział jeden z
chłopców. - Ale pan Piotr robi inaczej. Dwa razy ostrzega, potem
bije.
Szefostwo fundacji zapowiada zwolnienie dyrektor Łaszcz oraz pana
Piotra. Pan Tomek z powodów rodzinnych sam zrezygnował z pracy w
ubiegłym tygodniu. |