|
wstecz
Co naprawdę kryją wrocławskie domy
pomocy społecznej ?
(aut. Alicja Giedroyć; Gazeta
Wrocławska 18.04.2003; DPS Forum 29.04.2003 r.)
Ciemna strona starości
Co naprawdę kryją wrocławskie domy pomocy społecznej? Czy schorowani,
starsi ludzie są w nich rzeczywiście traktowani jak zło konieczne,
a ich prawa i potrzeby są lekceważone przez pracowników i kierownictwo?
Czy też może nieliczne skargi na niegodziwości, jakie ich spotykają
to efekt roszczeniowej postawy kilku pieniaczy?
Z kilkoma mieszkańcami domu pomocy społecznej przy ul. Mącznej
na ich prośbę - spotykam się w jednym z pokoi. Przed rozmową muszę
przysiąc, że nie ujawnię ich nazwisk.
- Oni mogą nam bardzo uprzykrzyć życie mówi jeden z panów.
A niewiele nam już go przecież zostało, chcielibyśmy je przeżyć
spokojnie.
Oni to znaczy pracownicy Miejskiego Zarządu Domów Pomocy Społecznej.
Moi rozmówcy mieszkają w tym domu od wielu lat. Byli tu na długo
przed powstaniem MZDPS, mają porównanie. Poprzednią dyrekcję zgodnie
oceniają jako przyzwoitą. Teraz jest inaczej. Dyrektora widują najczęściej
w telewizji. Wiadomo, jest w Sejmiku, nie ma czasu. Być może nawet
nie wie, co tu się dzieje. A dzieje się przynajmniej ich zdaniem
źle.
Wszystko w proch
- Wszystko, co dobrego zrobiono tu przed laty, obróciło się w proch
uważa pani X. Miało być lepiej, kiedy powstawał nowy zarząd,
to mówili nam, że będą oszczędności i my na tym zyskamy. A jest
coraz gorzej. Po pierwsze jedzenie. Moi rozmówcy określają je jako
pod zdechłym Azorkiem. Nieustannie ryż i makaron. Ryż niedogotowany,
makaron zapieczony na twardo w piekarniku. To nie jest jedzenie
dla starych ludzi, którzy nie mają już zdrowych żołądków. Podane
byle jak. Jeśli pasztet z puszki to walnięty łyżką na talerz,
jak dla prosiaka. A przecież można jakoś ładniej, choćby na liściu
sałaty. Stawka dzienna na jedzenie to nieco ponad 6 zł. I to ma
być ta Europa? W więzieniu mają dwa razy tyle. A oni przecież nie
są przestępcami. I nie siedzą tu za darmo. Każdemu z nich zabiera
się na pobyt w dps 70 proc. emerytury lub renty. Chyba nie po to,
żeby kucharki pożyczały od mieszkańców olej do smażenia?
Dlaczego nie skarżą się kierownictwu?
- Bo to nic nie da przekonują. Raz jeden z naszego domu poszedł
do dyrektora z talerzem gołąbków pływających w sosie przypominającym
pomyje. Dyrektor nawet się oburzył, ale jedzenie i tak się nie poprawiło.
Jak worek kartofli
- Jedzenie nie jest ważne macha ręką mieszkanka domu przy ul.
Karmelkowej. Jednemu smakuje, innemu nie, nigdy nie dogodzisz.
Najgorsze jest to traktowanie chorych ludzi jak przedmioty. Jest
niepełnosprawna, jak większość ludzi z tego domu. Nie jest w stanie
samodzielnie wykonać najprostszych czynności. Potrzebuje pomocy
w toalecie. Tymczasem, jak twierdzi, większości personelu to nie
obchodzi. Kiedy prosi, żeby ją zaprowadzić do toalety, pani z personelu
potrafi jej powiedzieć: Teraz mam przerwę. Bezduszne mycie, rzucanie
do łóżka jak worek kartofli. Zupełnie bez serca. Był w tym domu
jeden człowiek z sercem do ludzi. Rozumiał ich, chciał pomagać.
Kiedy dyrektor nie przedłużył z nim umowy, zbierała wśród mieszkańców
podpisy w jego obronie. Podpisało się wiele osób. Potem się wycofali.
Jako symbol opieki nad staruszkami wskazują dzwonki w pokojach na
Mącznej. Przycisk służy do tego, żeby wezwać pielęgniarkę w razie
pilnej potrzeby. Na przykład, zasłabnięcia. Jest umieszczony przy
drzwiach. Żeby wezwać pomoc, trzeba wstać z łóżka i przejść kilka
metrów. Jeśli więc ktoś naprawdę będzie potrzebował pomocy, nie
będzie w stanie. Tak jak nie zrobił tego Antoni J., mężczyzna po
wylewie, dzielący pokój z innym mieszkańcem.
- Ten człowiek się nad nim znęcał opowiada pracownik dps - W
styczniu b.r. znaleziono Antoniego J. zakrwawionego, najprawdopodobniej
był pobity przez współlokatora. Zabrało go pogotowie, trafił do
szpitala. Zmarł po trzech tygodniach od tego zdarzenia. Jesteśmy
przekonani, że to był efekt tego pobicia. Czy mieszkaniec zmarł
na skutek przestępstwa? Dziś trudno to będzie wyjaśnić, jego ciało
po śmierci zostało skremowane. Prokuratura prowadzi w tej sprawie
dochodzenie, ale znęcający się nadal mieszka w dps.
"Starzy" kontra "nowi"
Z pracownikiem dps spotykamy się w parku, w pełnej konspiracji.
Na kartce ma zapisane w punktach, co chce powiedzieć. Punkty są
skonsultowane z koleżankami. Potwierdzają to, o czym mówili mieszkańcy.
Ale pracownikom też nie jest lekko. Zwłaszcza tym "starym",
którzy nie przyszli z nowym kierownictwem. Grafiki ich dyżurów są
ustalane niezgodnie z prawem, nie ma odzieży ochronnej, nie można
się odezwać, kierownictwo trzyma za mordę. Każdy siedzi cicho, żeby
nie stracić pracy.
- To prawdziwy mobbing uważa pracownik.
Związki zawodowe są jednak innego zdania. Wiceprzewodnicząca zakładowej
Solidarności powiedziała nam, że tak wspaniałego pracodawcy, jakim
jest MZDPS, każdemu należałoby życzyć.
Komu buty?
Mieszkańców kłuje w oczy, że jedni dostają ubranie, obuwie, żyletki
do golenia, a inni nie.
- Dwa lata prosiłam o parę majtek skarży się mieszkanka z Mącznej.
O buty zimowe i ciepły dres upomniał się Kazimierz Pindel z ul.
Rędzińskiej. Nie boi się podać swojego nazwiska, bo i tak postanowił
walczyć z haniebnymi praktykami w jego domu. Pokazuje swoje podanie
i odpowiedź, że jest na tyle zamożny, by samemu sobie kupić buty.
Odwołał się do dyrektora.
- I wtedy przyszła do mnie czteroosobowa komisja opowiada wciąż
oburzony. Mimo moich protestów, otworzyli mi szafę i zrobili rewizję,
szukając butów. A przecież nie jestem w zakładzie karnym, nie mieli
prawa. To jawne naruszenie mojej godności. Zawiadomię prokuraturę.
W szafkach zainstalował kłódki. W innym domu skarżą się na naruszanie
tajemnicy korespondencji. Pisma z ZUS są otwierane przez personel.
- Kierownik podnoszenia standardu i jakości, kierownik zamówień
publicznych, specjalista do spraw stosunków zewnętrznych, kierownik
działu specjalistów, kierownik działu medyczno-terapeutycznego....
wylicza mieszkaniec stanowiska MZDPS. Nic dziwnego, że nie ma
dla nas na godziwe jedzenie czy buty. Sami kierownicy i specjaliści,
najwyższe widełki płac. A przecież miała być oszczędność.
Trudnych spraw brak
Kiedy powstawał jeden zarząd domów pomocy, wiele się mówiło o tym,
że teraz mieszkańcy się zintegrują.
- Robili nawet wspólne pikniki mówi pan z Mącznej. I na piknikach
się skończyła nasza integracja. W ideę integracji uwierzyła jednak
pani Y., autorka listu w obronie zwalnianego administratora.
Apelujemy do wszystkich mieszkańców dps i ich rodzin, wolontariuszy,
ludzi dobrej woli zintegrujmy się i pomóżmy sobie w walce przeciwko
zastraszaniu, braku pomocy i niegodziwemu traktowaniu. Kontaktujmy
się ze sobą w trudnych sprawach napisała. Na list zareagował
tylko jeden mieszkaniec innego domu.
- Zadzwonił, umówił się i już więcej nigdy się nie odezwał mówi
pani Y. Może więc reszta mieszkańców nie ma trudnych spraw?
Rzeczywistości daleko do ideału
- Zgadzam się z tym, że rzeczywistości dps-ów daleko do ideału
mówi Jarosław Duda, dyrektor MZDPS. - Jednak trudno za to winić
obecny, zreformowany system zarządzania. On przyniósł wymierne korzyści.
Musimy się jednak poruszać w granicach przepisów, które nie są dobre.
I korzystać z bazy, która już jest. To znaczy molochów, jakich nie
powinno się budować do takich celów. Wrocławskie domy pomocy społecznej
powstawały w czasach, gdy problem samotnej starości był wstydliwy.
Dlatego znajdują się na peryferiach, z dala od normalnego życia,
co zdaniem dyrektora jest fatalne. Dyrektorowi także nie podoba
się np. sposób instalacji dzwonków przy ul. Mącznej (nie miał z
tym nic wspólnego), w ciągu kilku miesięcy to zostanie zmienione.
Nie jest prawdą, że po powstaniu MZDPS zatrudnia się więcej pracowników
administracji. Mieszkańcy mogą mieć takie wrażenie, bo teraz większość
administracji znajduje się w jednym miejscu. Jest za to więcej pracowników
bezpośrednio zajmujących się podopiecznymi, choć nie kosztowało
to miasta ani złotówki więcej. To jedna z korzyści wrocławskiej
reformy. Kolejna to jeden standard we wszystkich miejskich domach,
jednakowy poziom usług. Rzeczywiście, MZDPS nie stać na to, by wszystkim
kupować odzież na każde życzenie. Jednak nie ma takiego obowiązku.
Przepisy ( rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej z
15 września 2000 r.) mówią tylko o tym, że każdy mieszkaniec powinien
mieć je zapewnione. Może mieć swoje własne. Stąd biorą się odmowy,
a czasem i komisyjne sprawdzanie (nie: rewizje), czy rzeczywiście
mieszkaniec jest w potrzebie.
Nikt nikogo nie wyrzuci
Prawdziwym problemem dps-ów jest jednak co innego. - Trafiają do
nas ludzie agresywni, alkoholicy, charakteropaci, a nawet z przeszłością
kryminalną przyznaje dyrektor. - Tacy, których boją się nie tylko
mieszkańcy, ale nawet pracownicy. Kilka razy w miesiącu wzywamy
policję, ale na wiele się to nie zdaje. Problem współmieszkańca
Antoniego J. jest w gruncie rzeczy nie do rozwiązania. Psychiatrzy
rzekli, że nie jest chory psychicznie, nie można go więc przenieść
do placówki dla takich ludzi. Nie można go relegować z dps, ani
przenieść bez jego zgody do innego. Czy tacy ludzie w ogóle
powinni znaleźć się w dpsach, razem z porządnymi, spokojnymi staruszkami?
Przecież stanowią dla nich prawdziwe zagrożenie? Zapewne nie, ale
nie da się wszystkiego wychwycić na etapie weryfikacji. A gdy ktoś
już zostanie zakwalifikowany do takiej placówki nie ma prawnej
możliwości pozbycia się go. Takie przepisy.
Każdemu po równo
Jednym ze sposobów walki z alkoholizmem jest stworzenie specjalnego
oddziału dla uzależnionych przy ul. Rędzińskiej. To wrocławski eksperyment,
bez precedensu w skali kraju. Izolacja alkoholików przyniosła już
pierwsze efekty: odetchnęli inni mieszkańcy. A sami alkoholicy mają
zapewnioną specjalistyczną pomoc. - Niedobre jest także i to, że
nie ma znaczenia, czy ktoś ma 2 tys. zł emerytury, czy też został
wzięty spod mostu bez żadnych świadczeń mówi Jarosław Duda. -
Wszystkim mamy obowiązek zapewnienia usług na tym samym poziomie.
Zgadzam się, że to nie jest sprawiedliwy system. I nie będzie tak
długo, jak pieniądze nie będą szły za klientem. Wtedy można stworzyć
zróżnicowanie w standardzie oraz możliwość wyboru. Teraz wszyscy
mają to samo. I nie wszystkim się to podoba. Zresztą: wśród kilkuset
osób zawsze znajdą się niezadowoleni. To nie tylko kwestia samotnej
starości.
Alicja Giedroyć; Gazeta Wrocławska
Komentarze internautów z forum www.naszemiasto.pl
Znam sprawę (Obserwator):
Obserwuję działania MZDPS z pewnego dystansu i mam wrażenie że
pani redaktor strzelała z "grubej rury" i trafiła, ale
nie tam gdzie trzeba.Moim zdaniem artykuł jest obrażliwy zarówno
dla mieszkańców jak i ludzi którzy się nimi opiekują.Odnoszę wrażenie
że mógł powstać dla potwierdzenia tez które komuś są wygodne.Daleko
pani redaktor do obiektywizmu a fakty które przedstawia naświetla
w sposób niekorzystny dla ludzi którzy naprawdę na to nie zasługują.
(Ewa):
Szanowna Pani Redaktor!
Długo się zastanawiałam, czy zabrać głos w głośnej ostatnio sprawie
mieszkańców Domów Pomocy Społecznej, ale po ostatnim, piątkowym
artykule nie mogę pozostać obojętna.
Jestem lekarzem z DOLMED-u, który od kwietnia zajmuje się mieszkańcami
DPS-ów. Nie znaczy to jednak, że do tej pory ich nie znałam. Pracowałam
w Ancorze od czerwca 2002 roku. Do grudnia 2002 roku opiekowałam
się pacjentami, głównie z ulicy Rędzińskiej i Kaletniczej, ale znałam
także większość mieszkańców z ulicy Mącznej i Karmelkowej ("wpadałam"
tam na zastępstwa i w sytuacjach awaryjnych). Były to czasy, kiedy
nie było jeszcze konfliktu Ancora - Dyrekcja MZDPS, nie było też
skarg, współpraca układała nam się dobrze - tak ja przynajmniej
to wspominam. Bardzo zżyłam się z pracownikami Domów Pomocy (głównie
pielęgniarkami) oraz z mieszkańcami. Niestety z różnych przyczyn,
o których nie chcę pisać, opuściłam Ancorę.
Myślałam, że to koniec rozdziału w moim życiu p.t. "Domy
Pomocy Społecznej". Okazało się, że jednak nie. Kiedy poproszono
mnie (głównie dzięki rekomendacji personelu Domów i mieszkańców)
o zajęcie się nimi powtórnie, jednak z ramienia innej przychodni,
podjęłam bardzo trudną dla mnie decyzję - trudną, bo stanęłam w
pewnym sensie po drugiej stronie barykady, a jestem spokojnym człowiekiem
- i zgodziłam się. I decyzji tej nie żałuję - bo zrozumiałam jedno:
że to jest praca, którą kocham, że wróciłam do ludzi, za którymi
tęskniłam i bez których moje życie nie miało takiego sensu. Kiedy
zobaczyłam, jak cieszą się moi "starzy-nowi" pacjenci
i personel, obiecałam sobie dwie rzeczy - że ich już więcej nie
zostawię i że zapewnię im najlepszą opiekę medyczną, jaką potrafię
- tak, żeby czuli się potrzebni i zadbani przez lekarza.
Proszę więc, niech Pani nie pisze, że nie ma kto się nimi zająć
- oni mają opiekę, być może nawet lepszą, niż mieli - jeżdżę do
nich na każde wezwanie, pielęgniarki mają prawo kontaktować się
ze mną niezależnie od dnia tygodnia i godziny.
Będą mieli również zapewnioną rehabilitację - wszyscy, którzy
tego potrzebują, otrzymają skierowania i będą rehabilitowani.
Bardzo poruszył mnie piątkowy artykuł o "nieludzkim"
traktowaniu mieszkańców. Mogę Panią zapewnić, że personel Domów
Pomocy podchodzi do pacjentów Domów Pomocy (często bardzo trudnych
we współżyciu) z tak dużą dozą cierpliwości, współczucia i zwykłej
ludzkiej dobroci, że życzyłabym każdemu starszemu człowiekowi, żeby
jego własne dzieci tak go traktowały.
Muszę stanąć w obronie pracowników, bo naprawdę nie zasłużyli
na taką krzywdzącą opinię.
Nie wiem, czy te moje wywody przeczytała Pani do końca. Być może
zaszkodziłam sobie zabierając głos. Ale proszę pamiętać o jednym
- nie ma rzeczy tylko białych lub czarnych. Wina najczęściej leży
po obu stronach. Nie wolno wypowiadać krzywdzących opinii nie wysłuchawszy
uważnie także drugiej strony.
Z poważaniem
dr n. med. Ewa Stojek
|