|
wstecz
Dzieci wykorzystują dzieci ? O jednym
z łódzkich domów dziecka
(aut. Małgorzata Kozerawska, Gazeta
Wyborcza 10.01.2003 - 19.01.2003; DPS Forum 27.01.2003)
Dom krzywdy
Sześciolatki wykorzystywane seksualnie przez dziesięciolatków.
Dziesięciolatki pobite za to przez siedemnastolatków. To się zdarzyło
w łódzkim domu dziecka. Z przerażeniem stwierdzam, że istnieje tu
jakieś drugie życie, o którym nie mamy zielonego pojęcia - z przygnębieniem
mówi jeden z wychowawców
W Domu Dziecka nr 5 przy ul. Małachowskiego w Łodzi grupa średniaków
wykorzystywała seksualnie młodsze dzieci.
Dyrekcja potwierdza, że kilku dziesięciolatków najprawdopodobniej
naśladowało zachowania podpatrzone u dorosłych albo z filmów pornograficznych,
które oglądali przed przyjściem do placówki. Ofiarami byli cztero-
i sześcioletni chłopcy. Był to jednak jednorazowy epizod - głupia
zabawa.
Nam udało się ustalić, że patologiczne zachowania seksualne zdarzały
się już wcześniej, a ostatni proceder trwał co najmniej kilka miesięcy.
Wreszcie najstarsi chłopcy, tworzący tzw. starszyznę, nie wytrzymali
i postanowili dokonać samosądu. Zbili pasem sześciu chłopców, którzy
wykorzystywali maluchy. Przywódca grupy, która biła, 19-letni, poruszający
się na wózku Piotr Yasin został za karę wyrzucony z domu. Pozostali
bijący otrzymali ostre nagany. Nie potrafią się z nimi pogodzić.
- Przecież tamci dopuścili się najgorszych świństw na niewinnych
dzieciach. My tylko wymierzyliśmy sprawiedliwość, bo dorośli nie
umieli tego zrobić.
- Z roku na rok jest w dzieciach coraz więcej agresji. Ale takiej
eskalacji przemocy nie mogłam tolerować - wyjaśnia dyrektor Bożena
Radzikowska. - Pobite dzieci miały całe pupy sine.
- Cóż, dyrekcja postanowiła ukarać za siniaki na pupie, bo były
najbardziej widoczne - ubolewa dr Aleksandra Robacha, regionalny
konsultant ds. seksuologii. - Nie jestem zwolennikiem kar, ale jeśli
już karać, to obie grupy chłopców.
Głupie zabawy nocą
Na podstawie relacji kilku chłopców i wychowawców, którzy poprosili
o anonimowość, udało nam się odtworzyć przebieg zdarzeń z pewnej
listopadowej nocy. Grupa chłopców w wieku od siedmiu do dwunastu
lat bawiła się w zapalanie i gaszenie światła. W zabawie uczestniczył
też sześciolatek. W pewnym momencie mu się znudziło i poprosił o
zapalenie światła. Wtedy starsi chłopcy powiedzieli, że i owszem,
ale pod warunkiem, że "weźmie im do buzi". Dziecko zgodziło
się i wykonało polecenie. Za jakiś czas poskarżyło się starszemu
bratu, a ten - wychowawcom. Wychowawcy przeprowadzili własne dochodzenie,
a dzieci swoje. Przy okazji wyszło na jaw, że dziwaczne zachowania
seksualne trwają w domu dziecka parę miesięcy. - Średniacy kazali
przychodzić tym małym do pokoju i brać do buzi swoje genitalia -
opowiada inny uczestnik samosądu. - A najohydniejsze jest to, że
czterolatkowi zrobił to własny brat. Aż się zatrząsłem ze złości,
kiedy się dowiedziałem.
Inne dzieci widziały, jak mały chłopiec rozbierał w szafie jakieś
dziecko. Przyznał się, że wcześniej podejrzał, jak to samo robił
kolega. Jeden ze średniaków regularnie dokuczał maluchowi, z którym
mieszkał w pokoju. Rozbierał się do naga, wskakiwał mu do łóżka,
kładł się na nim, wchodził pod kołdrę i dusił.
Pasy na całe życie
Napięcie w domu dziecka rosło. Wychowawcy wciąż mieli w pamięci
wydarzenie sprzed dwóch lat. W grudniu 2000 roku 17-letni Łukasz
W. został przyłapany na próbie zgwałcenia 14-letniej głuchoniemej
dziewczynki. Mimo to przez następne kilka miesięcy nadal mieszkał
w domu dziecka i spotykał swoją ofiarę. Wreszcie trafił za kratki,
bo wpadł również za kradzieże, włamania i pobicie.
Wtedy dziecięca społeczność placówki nie zareagowała. Seks wśród
starszych nastolatków różnych płci jest uważany za coś normalnego.
Teraz było inaczej. - Co mali chłopcy byli winni, że zmuszali ich
do takich świństw ? - nie może zrozumieć jeden z uczestników samosądu.
- Pedalstwo jest najwredniejsze z wszystkich przestępstw.
Kiedy jeden z wychowawców postanowił przenieść do innego pokoju
średniaka najczęściej oskarżanego o dziwne zachowania seksualne
wobec młodszych chłopców, narastające napięcie wybuchło. - W bidulach
życie zorganizowane jest w "podziemiach", czyli w grupach
- tłumaczy Piotr Yasin, który jako jedyny zgodził się na ujawnienie
nazwiska. - Jeśli znasz jednego, który coś przeskrobał, to wiesz,
jaka za nim stoi grupa. Szybko doszliśmy do tego, kto wykorzystywał
maluchy. I postanowiliśmy ich ukarać. Przecież to jasne, że jeśli
teraz krzywdzili małych, to kiedy dorosną, będą gwałcić ludzi w
parku. Musieliśmy to ukrócić.
W samosądzie uczestniczyli: 17-letnia dziewczyna i sześciu chłopców
w wieku od 16 do 19 lat. Ponieważ bijących było siedmioro, postanowiono,
że każdy uderzy trzy razy. W sumie 21 pasów przez spodnie na jedną
pupę. Żeby nie było słychać krzyków, głowy chłopców zakryto poduszką.
Rano sprawa się wydała. Dyrektorka natychmiast zgłosiła pobicie
w VI komisariacie na Widzewie. Ale nie poinformowała, co wcześniej
średniacy zrobili maluchom. Sprawę prowadzi sekcja dochodzeniowo-śledcza.
- Dzieci miały sine tyłki. Jak po uderzeniu pasem - mówi jeden z
policjantów i zagląda do obdukcji. - Lekarz stwierdził "zasinienie
powodujące naruszenie czynności narządu ciała na czas nie dłuższy
niż siedem dni".
Grozi za to dwa lata. O tym, dlaczego dzieci zostały pobite, śledczy
dowiedział się podczas przesłuchania jednego z podejrzanych. - Myślę,
że to jest okoliczność łagodząca - uważa.
Ale dyrekcja domu dziecka nie zastosowała taryfy ulgowej. Wszyscy
uczestnicy samosądu dostali ostre nagany za "zachowanie niegodne
człowieka i wprowadzanie subkultury więziennej". Piotr Yasin
musiał się spakować i został odwieziony do schroniska dla bezdomnych.
- Miałem pięć minut, żeby się wynieść. Zawieźli mnie do Schroniska
im. św. Brata Alberta, później pewnie trafię do domu opieki społecznej.
Chcą mnie do tego zmusić, bo wtedy przepadnie mi wyprawka i prawo
do samodzielnego mieszkania - mówi rozżalony.
Część wychowawców uważa, że kara spotkała go zasłużenie. - Piotr
od lat nie przestrzegał regulaminu. Pił, stosował używki, uciekał
z placówki. Nie chciał się uczyć ani rehabilitować. Mam całą teczkę
jego przewin. Po drugiej naganie miałam prawo usunąć go z placówki
- przekonuje dyrektor Radzikowska.
Dostało się także wychowawcom, którzy nie przeszkodzili w samosądzie.
Prócz ostrych słów od dyrekcji opiekun nocny otrzymał naganę, a
stróżowi odebrano premię. Na tym sprawa oficjalnie się skończyła.
Istnieje drugie życie
Część wychowawców jest wciąż zszokowana tym, co stało się w placówce.
Przede wszystkim nie rozumieją dziwacznych zachowań seksualnych
dzieci i tego, że dyrektorka jakoby tego nie zauważyła.
- Myślałem, żeby pójść do prokuratora. Ale sam nie jestem święty,
dlatego zadzwoniłem do was - mówi Piotr Yasin. - Nie chcę, żeby
ta sprawa została wyciszona. A wszystko na to wskazuje.
- To nieprawda - mówi oburzona dyrektor Radzikowska. - Staramy
się niczego nie przeoczyć, tylko nie zawsze to się udaje. A przecież
nie wolno bić dzieci. W tym przypadku naprawdę zdaję sobie sprawę
z wagi problemu. Dlatego wszystkie dzieci: pobite, wykorzystujące
i wykorzystywane oraz starsi wychowankowie, którzy chcieli skorzystać
z pomocy, zostali poddani fachowej terapii. Mamy doskonałego psychologa
i pedagogów. Sytuacja w placówce powoli wraca do normy.
Psycholog Małgorzata Wachowska-Cybusz ma wieloletnie doświadczenie
w pracy z dziećmi i długo potrafi opowiadać o mechanizmach przemocy.
- Dzieci trafiające do placówki są po bolesnych przejściach i mają
wiele urazów w sferze psychicznej, a ponieważ sobie z nimi nie radzą
- w sytuacji napięć, konfliktów czy nawet zwykłej nudy - prezentują
szereg zaburzeń zachowania. I tak właśnie się stało podczas jednej
z zabaw, kiedy doszło do dziwnych zachowań seksualnych.
Psycholog przyznaje, że były to zachowania patologiczne i że zdarzały
się już wcześniej, co skończyło się wydaleniem wychowanka z placówki.
- Mam nadzieję, że takie sytuacje już się nie powtórzą, ponieważ
cały czas prowadzimy terapię z dziećmi i uczymy, jak zastępować
agresję innymi, pozytywnymi sposobami postępowania - przekonuje
Małgorzata Cybusz.
- Po tej sprawie z przerażeniem stwierdzam, że w naszym domu dziecka
istnieje jakieś drugie życie, o którym my nie mamy zielonego pojęcia
- z przygnębieniem mówi jeden z wychowawców.
Psycholog i prokurator z biura rzecznika
praw dziecka będą wyjaśniać, co stało się w domu dziecka przy ul.
Małachowskiego w Łodzi.
W piątek w ogólnopolskim wydaniu "Gazety" opisaliśmy
wstrząsające wydarzenia w domu dziecka nr 5. Grupa dziesięciolatków
wykorzystywała tam seksualnie cztero- i sześcioletnie maluchy. Wykorzystujących
ukarali najstarsi wychowankowie placówki, bijąc ich pasem. "Gazecie"
opowiedział to przywódca samosądu Piotr Yasin, którego wyrzucono
z domu dziecka. Pozostałych ukarano naganami.
Po naszej publikacji przewodnicząca sejmowej komisji sprawiedliwości
zapowiedziała interpelację w tej sprawie. A resort pracy natychmiast
zażądał od wojewody wyjaśnień i naprawy sytuacji.
Wczoraj do sprawy włączył się rzecznik praw dziecka Paweł Jaros.
- Jestem bardzo zaniepokojony sytuacją w domu dziecka przy ul.
Małachowskiego w Łodzi. Zwłaszcza że jeden z pracowników tej placówki
publicznie nazwał dziwne zachowania seksualne dzieci "normalnymi
dla wieku" - powiedział Paweł Jaros. - Ja tak nie uważam. Kadra
domu dziecka powinna bardziej profesjonalnie podejść do problemu.
Dzieci w tym domu dziecka zostały podwójnie skrzywdzone: raz, bo
nie mają rodziców, a dwa - bo w placówce zostały poddane przemocy.
Nie zostawimy tego problemu.
Już dziś eksperci rzecznika, m.in. psycholog i prokurator przyjadą
do Łodzi i będą rozmawiać z pracownikami placówki oraz z wychowankami.
- Musimy ustalić, kto jest odpowiedzialny za wstrząsające wydarzenia
w domu dziecka i dlaczego w ogóle do nich doszło - zapowiada Mirosław
Kaczmarek z urzędu rzecznika. - Znajdziemy jakieś rozwiązanie, aby
więcej nie dochodziło do takich sytuacji.
Rzecznik praw dziecka zamierza w tym roku przeprowadzić szerokie
badania dotyczące realizacji praw dziecka w domach dziecka. Mają
one ujawnić m.in. zjawisko przemocy. - Raport na podobny temat zrobiliśmy
już w zakładach poprawczych. Odsłonił przerażającą prawdę o "fali"
i brutalnych zachowaniach w relacjach między wychowankami i wychowawcami
- mówi Kaczmarek. - Obawiam się, że w domach dziecka możemy trafić
na podobny problem.
Rozmowa z Mirosławem Kaczmarkiem, dyrektorem
zespołu badań i analiz biura rzecznika praw dziecka, szefem ekipy
wizytującej dom dziecka przy ul. Małachowskiego w Łodzi.
Małgorzata Kozerawska: Wizytacja już się zakończyła. Czy
potwierdziliście państwo wydarzenia opisane przez "Gazetę"
?
Mirosław Kaczmarek: Na pewno miały miejsce dwa wydarzenia: doszło
do zachowań o charakterze seksualnym wobec najmłodszych wychowanków
domu dziecka i do samosądu. To znaczy najstarsi wychowankowie pobili
tych wykorzystujących maluchy. Poza tym w przeszłości doszło do
innych incydentów, w których przejawiały się dziwne zachowania seksualne
dzieci. Zostały jednak zbagatelizowane. Wszystko razem daleko wybiega
poza przyjęte normy i jest naganne.
Zatem opisane przez nas zachowania nie są "normalne
dla wieku", jak twierdzi dyrekcja placówki ?
- Nie, to był wypadek nadzwyczajny. Ale to nie znaczy, że nie mógł
się zdarzyć. Większość tego typu zachowań występuje w dużych zbiorowiskach
dzieci i młodzieży. A dom przy ul. Małachowskiego jest właśnie taką
placówką, bo przebywa w niej blisko 80. wychowanków.
Jeśli był to wypadek nadzwyczajny, to chyba należało go oficjalnie
zgłosić i poszukać pomocy ?
- Oczywiście. To był błąd, że próbowano poradzić sobie z problemem
własnymi siłami. Między innymi dlatego, że nie ma określonych procedur,
jak postępować w podobnych sytuacjach. Trzeba stworzyć przepisy,
które nakażą dokładnie udokumentować takie wydarzenie nadzwyczajne,
przeprowadzić postępowanie wyjaśniające i zawiadomić nadzór. Ten
powinien doradzić, jak rozwiązać problem. Takie szczegółowe przepisy
są w edukacji. Kiedy domy dziecka przeszły z MEN do opieki społecznej
powstała dowolność. I tak było w tym przypadku. Każdy coś robił,
ale nie to, co trzeba.
Kto zawinił ? System, czy ludzie ?
- Zbadaliśmy, na ile wychowawcy i pedagodzy angażują się w pracę
z dziećmi, współpracują ze szkołą. Było z tym różnie, jak w każdym
środowisku. Chciałbym uniknąć oskarżeń personalnych. Ogólnie wiadomo,
że wszędzie tam, gdzie są dobre relacje i więzi między dorosłymi
opiekunami i dziećmi nie dochodzi do tak skrajnych przypadków. W
tym domu dziecka młodzież wzięła sprawy w swoje ręce. A zatem dobrej
współpracy i zaufania nie było. Zlekceważono wcześniejsze sygnały
i zachowania świadczące, że dzieci przejawiają w sposób niewłaściwy
zainteresowania sferą seksu i intymności. Już wtedy należało się
zastanowić, gdzie tkwi przyczyna. Mogły to być doświadczenia wyniesione
z domu rodzinnego, ale przez kilka lat pobytu dziecka w placówce
opiekunowie powinni się z tym problemem uporać. Tak się nie stało.
Co więcej, dorośli okazali się zupełnie bezradni.
Dlaczego ?
- Bo podczas studiów na pedagogice sygnalizuje się, że dzieci mogą
przejawiać dziwne zachowania seksualne, ale nie mówi się, co z nimi
zrobić. Jak rozmawiać z młodzieżą. Dlatego wychowawcy niechętnie
ujawniają takie sprawy i starają się je bagatelizować. Wiem o tym,
bo w innych placówkach - gdzie wystąpiły podobne problemy - reakcje
wychowawców były identyczne jak w Łodzi.
Zło tkwi również w przygotowaniu metodycznym kadry na polskich
uczelniach. Przez wiele lat nauczano, że należy wychowywać przez
oddziaływanie grupy. I pomylono oddziaływanie socjalizacyjne grupy
na jednostkę z wpływem starszego brata, czy siostry. Ja to nazywam
zsocjalizowanym "Korczakiem". W efekcie pewne rozstrzygnięcia
konfliktów oddawano w ręce "starszym" grupy. Idee korczakowskie
zostały strywializowane. I choć dziś uważamy, że proces wychowania
zachodzi przede wszystkim między konkretnym wychowawcą i konkretnym
dzieckiem plus oddziaływanie grupy - wielu pedagogów tego nie rozumie
i nie potrafi zastosować. Dlatego dzieci czasem wyręczają dorosłych.
Co będzie z domem dziecka przy ul. Małachowskiego w Łodzi
?
- Musimy pomóc placówce, bo to, co dotąd zrobiła własnymi siłami,
jest niewystarczające. Chcemy tam skierować swoich doświadczonych
terapeutów i seksuologów. Ale przede wszystkim potrzebny jest spokój.
Publikacje o dość ostrych tytułach nie poprawiają atmosfery. Dzieci
czują się naznaczone, boją się i wstydzą wychodzić poza dom. Kadra
też.
Wolałabym, aby dzieci wstydziły się tego, co zrobiły, a dorośli,
że nie potrafili im wcześniej pomóc. Wstydzenie się, bo dziennikarz
o czymś napisał, jest stawianiem problemu na głowie. Ta sprawa uświadomiła
chyba wszystkim, jak mało wiemy, co dzieje się w placówkach opiekuńczych
dla dzieci. Czy rzecznik praw dziecka ma zamiar coś z tym zrobić
?
- W 2001 roku wizytowaliśmy zakłady poprawcze i schroniska dla
nieletnich. Na ten rok zaplanowaliśmy podobne działania w domach
dziecka i w ośrodkach szkolno-wychowawczych. Można powiedzieć, że
publikacja w "Gazecie" przyspieszyła realizację tych zamierzeń,
a łódzka placówka została w trybie interwencyjnym włączona do planu.
Co chcecie państwo sprawdzić ?
- Przede wszysctkim, czy przestrzegane są prawa dziecka w relacjach
z dorosłymi i między wychowankami. I czy dorośli oraz instytucje
wywiązują się ze swoich obowiązków. W Polsce jest ponad 300 domów
dziecka, wybierzemy grupę reprezentatywną - zarówno pod względem
liczebności jak i rozmieszczenia. Sprawdzimy, czy oprócz deklarowanego
przez kadrę "ciepełka" jest w tych placówkach ciepła atmosfera
dla dzieci. To jedno z najważniejszych pytań, na które chcemy odpowiedzieć.
Myślę, że prezentacja raportu nastąpi we wrześniu.
Autor wszystkich materiałów:Małgorzata Kozerawska,
Gazeta Wyborcza 10.01.2003
- 19.01.2003
|