|
wstecz
Podwójne dzieciobójstwo w Podjuchach
(aut. Patrycja Niczyj; Gazeta
Wyborcza 4.05.2003; DPS Forum 11.05.2003)
43-letnia Małgorzata S. podała swoim
chorym na porażenie mózgowe dzieciom śmiertelną dawkę środków uspokajających
i nasennych. Potem targnęła się na własne życie.
Tragedia wstrząsnęła spokojną dzielnicą
domków jednorodzinnych w szczecińskich Podjuchach. Martwe wnuki:
13-letnią Grażynę i dwa lata starszego Grzegorza, znalazła w piątek
rano babcia. Zaniepokoiła się, że dzieci tak długo śpią. Poszła
je obudzić. Kiedy weszła do pokoju, chłopiec i dziewczynka leżeli
bez ruchu w łóżkach, a jej córka, matka dzieci, tkwiła otępiała
w fotelu. Na pociętych nadgarstkach miała krwawe ślady.
Babcia zawiadomiła pogotowie i policję. Lekarz potwierdził zgon
nastolatków. Matkę udało się uratować.
Z ustaleń wynika, że trującą dawkę lekarstw dzieci połknęły w czwartek
wieczorem. Małgorzata S. próbowała się zabić nazajutrz rano. Co
pchnęło kobietę do takiego aktu desperacji?
W pożegnalnym liście napisała, że jest już zmęczona fizycznie
i psychicznie opieką nad dziećmi i chce być pochowana razem z nimi
w jednym grobie.
Małgorzata S. jest bezrobotna. Żyła z zasiłku. Wspomagała ją rodzina.
Była pod opieką Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Niepełnosprawne
umysłowo i ruchowo dzieci miały indywidualny tok nauczania. Oprócz
nauczycielki do domu przychodził też logopeda. Ojciec Grzegorza
i Grażynki nie mieszkał z rodziną. Sąsiedzi widzieli go po raz ostatni
dwa lata temu.
Dwie godziny po ujawnieniu zbrodni rozmawialiśmy z sąsiadami. -
Zobaczyłem przez okno, że coś się dzieje na ulicy - mówi Jan mieszkający
w domku obok. - Gdy usłyszałem, że Gosia zabiła dzieci, nogi się
pode mną ugięły. Jeszcze się cały trzęsę.
- Nie mogę w to uwierzyć - opowiada sąsiadka Jadwiga. - Jeszcze
kilka dni temu Gosia była u mnie na kawie. Rozmawiałyśmy o jej zdrowiu.
Miała kłopoty z kręgosłupem, ale nie chciała iść na operację, bo
bała się zostawić dzieci bez opieki.
"Wzorowa matka", "kochający rodzic" - tak o
Małgorzacie S. mówią jej znajomi. - Nie skarżyła się na swój los,
była pogodna, życzliwa. Nie słyszałam nigdy przekleństwa z jej ust
- opowiada inna sąsiadka. - To nie była patologiczna rodzina.
- Dzieci były dla niej zawsze najważniejsze - mówi Jadwiga. - Były
ciężko chore i trzeba było cały czas się nimi zajmować. A ona nie
miała już czasami siły, żeby je prowadzić po ulicy. Opierała się
o płot i powoli szła, podtrzymując Grażynkę czy Grzesia. Ale nie
chciała nawet słyszeć o tym, żeby gdzieś je oddać choćby na kilka
godzin dziennie. Ona nie będzie potrafiła teraz żyć. Boję się, że
znowu spróbuje coś sobie zrobić.
- Za podwójne zabójstwo grozi matce dożywocie - mówi Grażyna Kosecka-Cieślik
z prokuratury Szczecin-Śródmieście, która przyjechała na oględziny
miejsca zbrodni. - Ale jest za wcześnie, by powiedzieć, jakie zarzuty
będą postawione.
Wszystko zależy od diagnozy psychiatrów, którzy ustalą, w jakim
stopniu kobieta jest poczytalna.
- Zarzutów wciąż nie ma - mówił wczoraj Artur Marciniak, rzecznik
komendanta miejskiego policji w Szczecinie. - Podejrzana nie została
jeszcze przesłuchana. Nie zgodzili się na to lekarze.
Małgorzata S. przebywa na obserwacji w szpitalu w Zdrojach.
|