|
wstecz
Przemoc w DPS w Górze Kalwarii
(Trybuna,
11.03.2002 , aut. Ewa Jagalska, Bartosz Lewicki)
- "Puderkowanie" to był finał
- mówi Marek Adamowicz, dyrektor Domu Pomocy Społecznej w Górze
Kalwarii. - Po to, żeby na nieboszczyku nie było widać śladów pobicia
- tłumaczy.
Na oddziale 5B biła Helena Ł., siostra oddziałowa - mówi Adamowicz.
Na ofiary miała sobie wybierać najbardziej chore i samotne pensjonariuszki.
Dlaczego? Marek Adamowicz nie ma wątpliwości: żeby się jej bały
i nie upominały się zbyt głośno o swoje pieniądze. Helena Ł. jest
już na emeryturze. Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie fizycznego
i psychicznego znęcania się nad podopiecznymi DPS. Adamowicz wkrótce
zostanie zwolniony.
Dom Pomocy Społecznej w Górze Kalwarii to moloch, największa
tego typu placówka w Europie - 750 pensjonariuszy. I także wielkie
pieniądze, roczny budżet DPS to 13,5 mln zł.
- To kusi - przyznają pracownicy. - A możliwości jest mnóstwo.
Zwłaszcza na takich oddziałach jak 5B, gdzie większość to schizofrenicy,
osoby chore umysłowo. One się nie zorientują, a jeśli już, to nikt
im nie uwierzy...
-
Kiedy 1 września 2000 roku zostałem dyrektorem, wywiesiłem na korytarzach
skrzynki, do których pensjonariusze i pracownicy mogli wrzucać pytania
i skargi - opowiada Marek Adamowicz. - Kiedy wyjąłem listy, włosy
stanęły mi dęba. "Biła mnie nogą od stołu", "zabierała
pieniądze", "zamykała w łazience, żeby nie było słychać,
jak krzyczę". To wszystko o Helenie Ł., szefowej oddziału
5B.
BACZNOŚĆ!
Pielęgniarki z oddziału 5B nie chcą podawać nazwisk. Ale chętnie
wszystko opowiedzą.
Pielęgniarka 1: - Helena Ł. pracowała u nas od 1985 roku. Nikt
na oddziale nie zagrzał miejsca. Co chwilę pracownicy z "piątki"
byli gdzieś przenoszeni. Zwykle wtedy, gdy zaczynali coś podejrzewać.
Ja sama zorientowałam się trzy lata temu, kiedy zobaczyłam, jak
Ł. bije panią Helenę Murawską. Oddziałowa kazała mi się zwolnić.
Poszłam do przełożonej pielęgniarek. Pytam: "Czy pani wie,
co się tam dzieje?". Nie odpowiedziała.
Pielęgniarka 2: - Kiedy któraś z pensjonariuszek źle się poczuła,
nie mogłyśmy wezwać lekarza, tylko musiałyśmy zameldować o tym siostrze
oddziałowej. A ta zwykle stwierdzała, że samo przejdzie i pomoc
jest niepotrzebna. Tak było w przypadku pani Marysi Jabłońskiej,
która cierpiała z powodu niewydolności nerek. Zmarła trzy godziny
później.
Pielęgniarka 3: - Pensjonariuszki nie mogły wychodzić na korytarz.
Jeśli Ł. którąś przyłapała, wpadała w furię. Musiały siedzieć w
pokojach, ale broń Boże na łóżku, cały dzień musiało być ono starannie
posłane. Aż żal patrzeć na osiemdziesięcioletnią kobietę, która
od rana do wieczora kiwa się na krześle.
Pielęgniarka 4: - Na terapię zajęciową przychodziły punkt 12.00,
zawsze przez kogoś pilnowane. Jeśli któraś się spóźniła, to za karę
miała szlaban.
Pielęgniarka 3: - Kontrolerzy byli zachwyceni: "Jak czysto,
jak ładnie, a dyscyplina, że ho, ho!". Bałyśmy się. Nie
mogłyśmy rozmawiać z pielęgniarkami z innych oddziałów, one miały
zakaz wstępu do nas. Przemykałyśmy korytarzami, żeby tylko nie natknąć
się na oddziałową. Nasze rodziny żyły tym, co się dzieje w DPS.
Nie wiadomo było, kiedy Ł. uzna, że któraś jest niepotrzebna. A
co do pensjonariuszy - Ł. działała bardzo dyskretnie, tak żeby nikt
się nie połapał. A kiedy przychodziły rodziny, była dla nich bardzo
sympatyczna.
"KOŃCÓWKA"
Pielęgniarka 2: - Oddziałowa nosiła w kieszeni fartucha buteleczkę
z haloperidolem. To silny lek psychotropowy. Dodawała go pensjonariuszkom
do jedzenia. Jak się polało. A przecież to się dawkuje kropelkami.
No i te kobiety odpływały. Zwłaszcza w dniu, w którym listonosz
przynosił "końcówkę".
70 proc. emerytury lub renty pensjonariusza idzie na utrzymanie ośrodka.
Dla niego zostaje 30 proc., czyli "końcówka". Jakieś 150-200
zł. Swoje pieniądze odbiera albo osobiście, albo kogoś do tego upoważnia.
Może też oddawać je w depozyt i w każdej chwili po nie sięgnąć.
Oczywiście po podpisaniu odpowiedniego dokumentu. I tu właśnie
jest pole do nadużyć.
Pielęgniarka 1: - Zwłaszcza wśród schizofreników, oni podpiszą
wszystko, co im się podetknie. A jeśli będą nafaszerowani lekami,
to już w ogóle żaden problem.
Pielęgniarka 3: - Zresztą nie tylko o końcówki tu szło. Przywieziono
raz na oddział nową pralkę. Ale nie mogłyśmy jej uruchomić. Stała
zapakowana. Potem zniknęła. Chorzy na święta dostawali kawałek kaszanki,
choć wiadomo było, że kupiono wędliny. Nie mogli się ładnie ubrać,
bo oddziałowa zaraz mówiła, że "głupki w takich eleganckich
nie chodzą..."
Pielęgniarka 1: - Jak to się stało, że 9 października 1998 roku
chora na raka płuc, nieprzytomna kobieta podpisała prośbę o wypłacenie
z depozytu 500 zł ? Była tak słaba, że nie wiedziała, co się wokół
niej dzieje. Zresztą dwa dni później zmarła. Pod spodem jest dopisek
"Mieszkanka może dysponować pieniędzmi". I podpis Heleny
Ł.
NA HAJU
Pielęgniarka 2: - Haloperidol podaje się osobom ze schizofrenią.
A oddziałowa lała go każdemu, komu uznała za stosowne. Nie było
rozliczeń, stał po prostu w szafce. Widziałam, jak Ł. odlewała trochę
do tej swojej buteleczki. Bałyśmy się, że w pewnym momencie zacznie
dolewać także nam. Dyżurowałyśmy nawet w pomieszczeniu socjalnym,
żeby jej pilnować. Teraz mamy książkę leków psychotropowych, w której
zapisujemy, ile czego idzie.
Pielęgniarka 1: - Kilka lat temu z pierwszego piętra oddziału 5B
wyskoczyła nasza podopieczna. Była pod wpływem psychotropów. Na
oddziale mówiło się, że wreszcie za Ł. ktoś się weźmie. I nic. Cisza.
Prokuratura po jakimś czasie zarządziła sekcję zwłok i podała, że
chora nie brała leków psychotropowych. Ale jej córka mówiła co innego.
W końcu się wycofała ,przyznając rację prokuraturze. I co my mamy
o tym sądzić?
Haloperidol
ścina z nóg. Człowiek chodzi otumaniony, ślini się. Pielęgniarki
mówią, że zeznawały na ten temat. Prokuratura z kolei w uzasadnieniu
umorzenia sprawy stwierdziła, że "w przeważającej części świadkowie
podają, że nie podawano chorym leków psychotropowych i innych leków
bez zaleceń lekarskich".
LALECZKA
Adamowicz opowiada o "puderkowaniu". Pielęgniarki kiwają
głowami - one to widziały. Miało być tak: salowa wchodzi do pokoju,
a tam na łóżku leży martwa kobieta. Ł. każe podwładnej pudrować
trupa. Ta odmawia. W końcu siostra oddziałowa sama zabiera się do
pracy. - Zobacz, piękna laleczka, czego tu się bać? - mówi.
Pielęgniarka 3: - Na terapii zajęciowej wyszło na jaw pobicie pani
Hamanowej. Płakała, że dostała krzesłem. Słyszał to Paweł Pac, przewodniczący
Rady Mieszkańców. Napisał list do Jerzego Kongla, wicedyrektora
ds. technicznych, wtedy pełniącego obowiązki dyrektora naczelnego.
Podpisali się inni mieszkańcy.
Jerzy Kongiel jest teraz starostą piaseczyńskim. - Nie dostałem
żadnego listu. A jeśli chodzi o przemoc na oddziale 5B, to zajmowała
się tym prokuratura i po rozpatrzeniu sprawy uznała, że doniesienie
było niezasadne.
Podopieczne na oddziale 5B to głównie starsze kobiety. Po przejściach.
Ale jest też kilka dziewczyn. Na nazwisko Ł. reagują nerwowo. Trzeba
je uspokajać, przekonywać, że oddziałowa nie wróci.
Adela Wirdyk: - Najwięcej biła takich, co samotne. Raz na moich
oczach kobietę tak walnęła, że krew jej po szyi ciekła.
Maria Haman: - Mnie biła po twarzy, krzesłem w tył głowy. Nie
wiem, co chciała...
Maria Zakrzewska: - Oddziałowa biła mnie raz w plecy i w głowę.
Potem uciekałam przed nią na drugi koniec oddziału.
Pielęgniarka 3: - Listy pensjonariuszek przemycałyśmy w biustonoszach,
bo im nie wolno było pisać do rodzin.
Paweł Pac: - Chodziłem do pani Jadwigi Frączek, szefowej pielęgniarek,
że na "piątce" źle się dzieje. A ona mówiła, że nie wierzy,
bo tu są same głupki...
Maria Złotaszewska: - Oddziałowa traktowała nas jak zwierzęta. Kiedy
ktoś się upomniał o "końcówkę" mówiła: "pieniędzy
ci się zachciewa, debilu?".
ZAKONNICA KUPUJE POMIDORY
Marek Adamowicz po przeczytaniu listów ze skrzynek zarządził na
"piątce" kontrolę. Wkrótce Helena Ł. przyniosła podanie
o przeniesienie na emeryturę. Ale nieprawidłowości były wszędzie.
- Szefowymi pięciu z 13 oddziałów były siostry zakonne. U jednej
z nich znaleźliśmy w szufladzie biurka ponad 21 tys. zł - mówi Adamowicz.
- A dołączona do tego lista pensjonariuszy opiewała na o wiele mniejszą
sumę. Gdy zapytałem, co to za pieniądze, odpowiedziała, że kupowała
chorym pomidory, banany. Wkrótce potem wszystkie siostry odeszły.
Adamowicz rozstał się z tymi, którzy, jego zdaniem, brali udział
lub patrzyli przez palce na to, co się działo na "piątce"
i na innych oddziałach. Przestali pracować: główna księgowa, jej
zastępczyni, dr Ryszard Wroniewicz, odpowiedzialny za opiekę medyczną,
8 z 13 sióstr oddziałowych i wicedyrektor Jerzy Kongiel. Ten ostatni
za niedopilnowanie budowy pawilonu, w którym z dwóch ścian odpadły
okładziny. Biegli rzeczoznawcy stwierdzili, że remont tego budynku
został przeprowadzony niezgodnie z normami budowlanymi. Zastosowane
okładziny nie posiadały atestu - trzeba je usunąć i zainstalować
nowe. Kosztorys remontowy został zawyżony o koszt "niewbudowanych
materiałów" na 23 tys. zł. Pawilon stoi tak, jak się rozpadł.
Żeby go doprowadzić do użytku, trzeba ok. 100 tys. zł.
- I tym się naraziłem, że zwolniłem radnego, który na moje nieszczęście
został starostą - mówi Adamowicz, który od kilku dni jest chory
i boi się, że już do pracy nie wróci. - Moja sprawa ma stanąć na
zarządzie lada dzień. Kongiel mówi, że już mogę się pakować.
STAROSTA
MUSI
Jerzy Kongiel: - Może to wygląda na to, że ja się mszczę. Ale
ja tylko wykonuję polecenie wojewody. Na pytanie jednej z radnych
o powołanie na stanowisko dyrektora DPS, pana Marka Adamowicza,
wojewoda stwierdził, że odbyło się to wbrew regułom (ustawa wymaga
trzech lat stażu w pomocy społecznej, on nie miał w ogóle, nie miał
też specjalizacji) i decyzję unieważnił. To samo stwierdził Naczelny
Sąd Administracyjny. Jeśli nie zwolnię pana Adamowicza, będzie mi
można zarzucić, że nie wykonuję decyzji nadzorczych wojewody mazowieckiego.
Jeżeli go zwolnię, to ludzie już sobie pomyślą! Jestem w trudnej
sytuacji. Mój konflikt z panem Adamowiczem dotyczy tylko zwolnienia
mnie z funkcji wicedyrektora, nie mam wątpliwości, że sąd pracy
rozstrzygnie go na moją korzyść. Ale to zupełnie inna sprawa.
- Kiedy wojewoda kazał mnie odwołać, zostałem przez poprzedniego
starostę ze stanowiska dyrektora przeniesiony na stanowisko pełniącego
obowiązki - mówi Adamowicz. - Co jest silniejsze? Bezprawie w domu
czy brak wymaganego stażu?
Helena Ł. nie chciała nas wpuścić do mieszkania. - Pensjonariusze
są manipulowani, nastawiani przeciwko mnie - mówiła przez domofon.
- Bo przecież naprawdę nic złego się nie działo, zresztą potwierdziła
to prokuratura...
Mariusz Rębacz z Prokuratury Rejonowej w Piasecznie, umarzając
śledztwo, argumentował, że "wrzucane do skrzynki listy pensjonariuszy
pozbawione są spontaniczności i stanowią jakby wypracowania na tematy,
dlaczego Ł. była złą oddziałową, albo dlaczego nie lubię Ł."
Prokurator Rębacz mówi jednak wyłącznie o swoich odczuciach i to
na podstawie najmniej dramatycznych wypowiedzi pensjonariuszy DPS,
pomijając zupełnie te, które powinny stanowić oś śledztwa.
Po decyzji prokuratury jeden z pensjonariuszy złożył na nią zażalenie.
Jego zdaniem odbyło się bowiem kolejne "puderkowanie"...
|