|
wstecz
Proces
(aut. Wioleta Bąk, Gazeta
Wyborcza 24.05.2004; DPS Forum 2.06.2004)
przeczytaj wszystkie
materiały na ten temat...
Proces o dom strachu
Przed sądem w Myszkowie rozpoczął się w poniedziałek proces Marka
N. szefa Stowarzyszenia św. Brata Alberta, które w Białej Wielkiej
pod Lelowem prowadzi dom opieki dla ludzi starszych i bezdomnych.
30-letni Marek N. to szef Stowarzyszenia św. Brata Alberta, które
w Białej Wielkiej pod Lelowem prowadzi dom opieki. "Gazeta"
pisała o nim wiele razy. Byli pracownicy i rodziny podopiecznych
opowiadali nam o biciu i poniżaniu starych ludzi. Alarmowali o braku
właściwej opieki. Te informacje potwierdziła kontrola Urzędu Wojewódzkiego,
potem prokuratura. M.in. po publikacjach "Gazety" i zeznaniach
byłej opiekunki (została zwolniona po tym, gdy wyszło na jaw, że
powiedziała policji o znęcaniu się nad staruszkami) podjęto umorzone
wcześniej śledztwo, oskarżając prezesa N. o znęcanie się nad 10
podopiecznymi. Dołączyły do tego zarzuty przywłaszczenia pieniędzy
innego pensjonariusza i odmowy wpuszczenia na teren placówki kontrolerów
PIP.
Proces w podczęstochowskim Myszkowie częściowo toczy się przy drzwiach
zamkniętych (N. starał się o całkowite utajnienie). Sąd uznał, że
by zapewnić swobodę wypowiedzi na tematy "prywatnych sfer życia"
osoby postronne powinny opuszczać salę, podczas przesłuchań podopiecznych.
Za takie uznano dziennikarzy.
Przesłuchiwany w roli świadka Ireneusz R. (współzałożyciel stowarzyszenia)
opowiadał: - Jak pan K., chciał tabletkę na noc, to zastosowali
tzw. komaroterapię, wywieźli go na wózku na dwór i tam zostawili,
żeby go komary kąsały. Pani S. często się załatwiała na stołówce,
to bili ją ręką po plecach. Pana W. zatrudniali do prac wokół domu,
na przykład do kopania rowu. Pana G. przywiązali do wózka, tak,
że jak go bili to nawet nie miał jak się bronić.
Marek N., który sześć lat temu miał już wyrok w zawieszeniu (obecnie
zatarty) za uprowadzenie i uwięzienie dwóch kobiet w innym domu
starców, nawet na ławie oskarżonych sprawiał wrażenie zadowolonego
i pewnego siebie. - Do żadnego z zarzutów się nie przyznaję - mówił.
- Jako prezes przebywałem mało z chorymi. Nad nikim się nie znęcałem
- stwierdził, tłumacząc, że oskarżenia są efektem zmowy mediów i
zemsty zwolnionych pracowników.
Przyparty do muru sędziowskimi pytaniami, przyznał, że jednej z
kobiet, na czas posiłków wiązano ręce szalikiem (nie chciała jeść
i przeszkadzała karmiącym). Obecnej na sali sądowej córce , pociekły
z oczu łzy.
Kolejna rozprawa - w czwartek.
Dom strachu - opowieść córki
Pani Stanisława mieszkała w Białej Wielkiej przez pięć miesięcy,
od lutego do sierpnia ubiegłego roku.
Na szczęście była tam jedną z nielicznych pensjonariuszek, której
losem przez cały czas interesowali się krewni. - Mama miała 74 lata.
Kiedy zachorowała, zrozumieliśmy, że trzeba cały czas przy niej
być. Ale my nie mogliśmy jej tego zapewnić. Bracia nie dawali rady,
a ja pracowałam. Uradziliśmy, że trzeba ją zawieźć do jakiegoś domu
opieki. Chcieliśmy, żeby miała jak najlepiej, żeby była otoczona
fachową pomocą. Załatwiliśmy jej ten dom. Jesteśmy niezamożni, ale
kiedy okazało się, że pobyt mamy ma kosztować więcej niż jej emerytura
postanowiliśmy, że co miesiąc będziemy składać się na jej pobyt
- opowiada pani Zofia, córka Stanisławy.
Kiedy panią Stanisławę przywieziono do Białej, ważyła ponad 80
kg i była silną, postawną kobietą. Pani Zofia co dwa tygodnie odwiedzała
matkę (nigdy nie była w jej pokoju, wizyty odbywały się na świetlicy
lub na dworze, przed domem). Spędzała z nią dwie, trzy godziny.
Widziała, jak stan matki pogarszał się z wizyty na wizytę. - Na
początku sama radziła sobie z jedzeniem, potem już nie. Cały czas
spała. Kiedy przyjechałam w sierpniu, spojrzałam na nią i zaczęłam
płakać. To był cień człowieka, leciała przez ręce. Nie miała siły
wstać. Zrozumiałam, że to już koniec. Zdecydowałam, że trzeba mamę
zabrać do domu. Niech wśród swoich dożyje ostatnich dni.
Kiedy ją zabierała, pani Stanisława ważyła ok. 50 kg, w Białej
schudła 30 kg.
- To się nie mieści głowie, byłam tam tyle razy, a oni ani razu
nie wspomnieli, że mama nic nie chce jeść. Zostawiłam leki, a ona
tych leków nie dostawała. Podobno były za drogie - płacze pani Zofia.
W domu pani Stanisławie wrócił apetyt. Odżyła, chętnie je zmiksowane
posiłki.
Przed sądem nie opowie, co ją spotkało w Białej (z relacji byłej
opiekunki wiemy, że była przywiązywana do krzesła), bo z powodu
choroby straciła mowę. Kontakt z nią jest bardzo utrudniony. (Opowieści
córki wysłuchaliśmy jeszcze przed procesem, jej zeznania przed sądem
zostały utajnione.)
Zeznaje współpracownik
Fragmenty zeznań Ireneusza R., byłego współpracownika Marka N.
Ireneusz R.: Pan Henryk był przywiązywany do krzesła albo fotela
i bity. Nie miał się jak bronić.
Sędzia: Dlaczego go przywiązywano?
I.R.: Pensjonariusz bronił się.
Sędzia: Przed czym?
I.R.: Przed ciosami.
Sędzia: (ze zgrozą ): Chce pan powiedzieć, że bicie pensjonariuszy
było stałą i nagminną praktyką?
I.R.: Tak, ale bito tylko tych niepokornych pensjonariuszy.
Sędzia: Czyli jakich?
I.R.: - Takich, którzy nie chcieli wykonywać poleceń. |