|
wstecz
W domu starców znęcano się nad podopiecznymi?
(aut. Wioleta Bąk, Gazeta
Wyborcza 27.05.2004; DPS Forum 2.06.2004)
przeczytaj wszystkie
materiały na ten temat...
Na drugiej rozprawie w procesie Marka N. była pracownica z domu
starców w Białej Wielkiej potwierdziła, że była świadkiem znęcania
się nad podopiecznymi. Aktualnie zatrudnieni zaprzeczali.
Przed Sądem Rejonowym w Myszkowie trwa proces 30-letniego Marka
N., prezesa Stowarzyszenia św. Brata Alberta, które w Białej Wielkiej
pod Lelowem prowadzi dom opieki dla ludzi starszych. Prokuratura
oskarża go m.in. o bicie poniżanie, ograniczanie swobody podopiecznych.
Oskarżony twierdzi, że jest niewinny.
Przesłuchiwany w poniedziałek Ireneusz R., były współpracownik
N. (zwolniony z pracy), opowiadał o konkretnych przypadkach znęcania.
Przesłuchiwana w czwartek Ewelina W. (zwolniona po tym, jak powiedziała
policji o dręczeniu staruszków) potwierdziła jego słowa. Opisała
wiele innych przypadków, które mogą świadczyć, że mieszkańcom Białej
działa się krzywda. Mówiła m.in. o braku właściwej opieki medycznej
(zastrzyki miała robić osoba zatrudniona jako kucharka); o panu
F., którego N. uderzył za to, że pieląc ogródek, przypadkowo wyrwał
kwiatka; o myciu umierającego mężczyzny wodą z ogrodowego węża;
o pani Agnieszce, którą na czas wizyt urzędników ukrywano w kaplicy;
o pani Janinie, której opiekunka ręką wpychała do ust kaszkę.
Mówiła także o dwóch kobietach, które by nie przeszkadzały w przygotowaniach
do wizyty biskupa, przywiązywano do krzeseł. Siedziały tak od 9
do 21 przez kilka dni.
- Dlaczego ich pani nie odwiązała? - chciał wiedzieć sędzia Marek
Gralik.
- Nie wiem - odparła Ewelina - ale tam pracowało kilkanaście osób,
wiedzieli, co się dzieje. Czy sąd uważa, że N. można się było sprzeciwić?
Gdy sędzia dopytywał, czy to możliwe, aby prezes N. nie wiedział
o wiązaniu staruszek, świadek stwierdziła: - Nic w tym domu nie
działo się bez wiedzy N. On jest tam bogiem i carem.
Zupełnie inną wersję przedstawiały osoby wciąż pracujące: - Wykluczam,
żeby dochodziło u nas do znęcania się nad pensjonariuszami - mówiła
pewnym głosem Barbara N., z zawodu tkaczka, zatrudniona jako kucharka,
potem jako opiekunka (Ewelina: ona też biła i wiązała podopiecznych).
Zaprzeczyła, by kiedykolwiek dawała chorym zastrzyki. Nie słyszała,
by ktoś skarżył się na złe traktowanie.
- Ile jest opiekunek na zmianie? - pytał sędzia.
- Cztery-sześć - odpowiedziała N.
- A ilu pensjonariuszy mieszka w domu?
- Siedemdziesięciu.
Także Wanda O., lekarka z miejscowej przychodni, która opiekuje
się mieszkańcami domu w Białej, wystawiła Markowi N. i prowadzonej
przez niego placówce jak najlepszą cenzurkę (gdy dom w Białej miał
status Niepublicznego ZOZ, Wanda O. była jego kierownikiem; rejestrując
go, deklarowała, że zatrudnia osiem pielęgniarek i rehabilitanta,
ale kontrola z Urzędu Wojewódzkiego wykazała, że ci ludzie istnieli
tylko na papierze).
Z jej relacji wynikało, że podopieczni cierpią na schorzenia psychiczne,
mogą być agresywni, nie są w stanie realnie oceniać, co się wokół
nich dzieje.
Proces będzie kontynuowany w czerwcu. |