|
wstecz
Więzienie starców
(aut. Wioleta Bąk,
Gazeta Wyborcza 30.09.2003; DPS Forum 3.10.2003)
przeczytaj wszystkie
materiały na ten temat...
Dramat starszych osób więzionych w domu starców w Białej
pod Częstochową. Ani prokuratura, ani urzędnicy wojewody nie dowierzają
pensjonariuszom, że dzieje się im krzywda
Dom w Białej prowadzi Stowarzyszenie św. Brata Alberta (nie ma
nic wspólnego ze słynnym stowarzyszeniem prowadzącym noclegownie
dla bezdomnych). Ma status niepublicznego ZOZ-u. Oficjalnie kierownikiem
ośrodka jest pediatra z miejscowego ośrodka zdrowia. Faktycznie
domem kieruje 29-letni Marek N., szef stowarzyszenia, pięć lat temu
skazany za uprowadzenie i uwięzienie dwóch kobiet w innym swoim
domu starców.
N. do domu w Białej nie wpuszcza dziennikarzy. Dramaty jego podopiecznych
znamy z zeznań w prokuraturze, relacji nielicznych starszych osób,
które miały gdzie uciec, oraz od byłych pracowników.
O nich nikt się nie upomni
Marian K.-S. uciekł z domu w Białej po zaledwie dwóch miesiącach.
Poszedł z doniesieniem do prokuratury. Twierdzi, że N. więził starsze
osoby, zabierał im pieniądze, ograniczał pomoc lekarską.
Według jego relacji Marek N. wybiera osoby żyjące samotnie - takie,
o które nikt się nie upomni, które czekają w kolejce do państwowego
domu opieki nad starszymi.
- Okrada ludzi nie tylko za życia - opowiada. - Po śmierci odbiera
ubezpieczenia pensjonariuszy. Kiedyś miał jechać do innego miasta
po chorego. Przed wyjazdem mężczyzna zmarł. N. mówił wściekły: "Szkoda,
że tak się pospieszył, miał wysoką emeryturę i ubezpieczenie".
Prokuratura wszczęła śledztwo. Inne wcześniejsze doniesienia oddalała.
Irena G. z Sosnowca oddała do domu w Białej obłożnie chorą matkę.
Gdy dowiedziała się, że stan starszej pani pogorszył się, pojechała
tam, by się nią opiekować. Kilkudniowy pobyt wstrząsnął nią tak,
że poskarżyła się do urzędu wojewódzkiego i do prokuratury.
Urzędnicy nie znaleźli jednak dowodów na znęcanie się nad pensjonariuszami.
Mieszkańcy domu, chociaż opowiadali Irenie G. o biciu, w prokuraturze
nie potwierdzili tego. Matka Ireny G. nie mogła zeznawać ze względu
na postępującą miażdżycę.
Jeden trzymał, drugi zdejmował
Pracownicy domu zeznawali, że wszystko jest w porządku. Dopiero
gdy N. ich zwalniał z pracy, decydowali się mówić.
Ireneusz Respondek (wyrzucony na początku 2003 r.): - Jeść tam
nie brakuje, ale ludzie śpią na korytarzach. Ośrodek jest przygotowany
dla trzydziestu kilku osób, a jest ich ponad 50. Za mało personelu.
Ci, którzy się lepiej czują, śpią na łóżkach piętrowych w sześcioosobowych
pokojach. Pensjonariuszy karze się publicznie np. biciem otwartą
ręką.
Pani Ewelina: - Na oczach wielu osób dwóch pracowników ściągało
babci złote kolczyki z uszu. Jeden trzymał ją, bo się broniła, drugi
- zdejmował. Ale na policji potwierdziłam to tylko ja. Tuż przed
przesłuchaniami Marek N. kazał oddać jej kolczyki. Tych, które odebrali,
już nie było, to zapięli jej jakieś inne.
Kontrole za drzwiami
Dom w Białej podlega śląskiemu urzędowi wojewódzkiemu. Ostatnią
kontrolę urzędnicy przeprowadzili w lutym. Kazali m.in. zatrudnić
personel medyczny o odpowiednich kwalifikacjach (w domu nie było
ani jednej pielęgniarki, a według deklaracji miało być osiem), zmniejszyć
liczbę łóżek.
- Zagroziliśmy wykreśleniem domu z rejestru niepublicznych ZOZ-ów
- tłumaczył nam w lutym dyr. Jacek Czapla z urzędu wojewódzkiego.
- Kierownictwo zakładu zrealizowało wszystkie zalecenia - zapewnia
nas Alina Tarczoń z urzędu. - Dostarczyli dokumenty, że jest tam
teraz 45 miejsc. - Ktoś to sprawdził? - Na razie nie. |