| wstecz
Dom tortur - ciąg dalszy
(aut. Marcin Twaróg, Trybuna
Śląska 23.01.2004; DPS Forum 5.02.2004)
przeczytaj wszystkie
materiały na ten temat...
30-letni kierownik domu starców w Lelowie i prezes Stowarzyszenia
Św. Brata Alberta jest oskarżony o znęcanie się nad pensjonariuszami.
Wyzywanie ludzi od idiotów i nierobów, bicie po plecach i głowie,
przywiązywanie sznurem do krzeseł, trzymanie na mrozie to tylko
niektóre zarzuty prokuratury.
Akt oskarżenia przeciwko Markowi N., kierownikowi Domu dla Ludzi
Starszych i Samotnych w Białej Wielkiej w gminie Lelów i prezesowi
Stowarzyszenia Św. Brata Alberta w jednej osobie wpłynął do Sądu
Rejonowego w Myszkowie. W lutym odbędzie się pierwsza rozprawa.
Prokuratura postawiła mu trzy zarzuty, z których najpoważniejszy
dotyczy znęcania się psychicznego i fizycznego nad dziesięcioma
pensjonariuszami. Kierownik miał ich wyzywać od idiotów i nierobów,
bić po plecach i głowie, przywiązywać sznurem do krzeseł.
- Do tego człowieka w ogóle nie dociera, że robił coś złego bezbronnym
staruszkom. Nie przyjmuje żadnych argumentów, nie wykazuje skruchy
- mówi Marian Wróbel, prokurator rejonowy w Myszkowie.
Marek N. nadal prowadzi dom starców, mimo że dwa dni temu uprawomocniła
się decyzja wojewody o wykreśleniu go z listy niepublicznych ZOZ-ów.
Czy wciąż torturuje podopiecznych?
Kary i tortury
W niewielkim domu starców przypominającym budynek jednorodzinny
w koszmarnych warunkach przebywa 60 pensjonariuszy w wieku od 40
do 95 lat. Tylko sześcioro jest sprawnych. Reszta zdana jest na
łaskę personelu i kierownika, i poddawana karom za najdrobniejsze
przewinienia. Całej sytuacji nie mógł znieść wiceprezes stowarzyszenia
Ireneusz R., który zawiadomił o wszystkim prokuraturę. Według jego
zeznań, Marek N. miał wyzywać pensjonariuszy od nierobów, głupków
i idiotów.
- Jednej ze starszych kobiet nadał przezwisko "wiagra"
i używał sobie na niej mówiąc: "tak cię wyruchali, że nie możesz
moczu utrzymać" - zeznał prokuratorowi.
Za chodzenie po trawniku groziła kara walnięcia po głowie lub
po uszach i podanie posiłku na korytarzu. Aby rozkazy kierownika
były lepiej wykonywane, przykładał do uszu otępiałych ludzi rozwrzeszczaną
papugę.
Latem podczas tygodniowego remontu ośrodka, Marek N. przywiązał
do krzeseł w pokoju dwie pensjonariuszki, aby nie przeszkadzały
mu w robocie. Zimą za karę wywiózł na mróz pensjonariusza poruszającego
się na wózku inwalidzkim. Jak zeznał poszkodowany, po kilku godzinach
odmroził sobie nogi.
- Już nie mogłam tego dłużej wytrzymać - mówi Ewelina Wanicka,
była opiekunka, która także złożyła zawiadomienie w prokuraturze.
- Najgorsze, że praktyki kierownika doprowadziły do śmierci mężczyznę
z rakiem krtani. Został wyciągnięty na podwórko, umyty i spłukany
wodą z węża ogrodowego. Parę godzin po tym umarł. Nie wiem, czy
nie wytrzymał jego organizm, czy też było mu sądzone, ale fakt jest
faktem, że człowiek nie żyje.
Skandaliczne warunki
Według Eweliny Wanickiej, warunki, w jakich przebywają pensjonariusze,
są skandaliczne. W niewielkich pokojach gnieździ się od pięciu do
siedmiu osób. Miejsca jest tylko tyle, aby usiąść na krześle. Nic
dziwnego, że wieczorami rozkładane są materace na ziemi w korytarzach
i stołówce. Zdaniem byłej opiekunki, na materace chodzący starsi
ludzie są po prostu przewracani i nakrywani kocami. Nie ma mowy
o intymności, poszanowaniu godności niedołężnych ludzi. Nie zezwala
się na przetrzymywanie rzeczy osobistych.
- Nie wierzę w to, że komuś dzieje się krzywda, bo mama tam pracuje
jako wolontariuszka. Nic złego o panu Marku nie dam powiedzieć.
To są starzy ludzie - nie dowidzą, nie dosłyszą i wiadomo, że trzeba
czasem krzyknąć, ale żeby bić? W to nie uwierzę. Cała nagonka to
sprawka tych, którzy stracili pracę i teraz się mszczą - mówi Tomasz
Jędruszek, który pracował przy budowie domu i zna Marka N. od jak
najlepszej strony.
Chcieliśmy się naocznie przekonać, jaka jest prawda, lecz w środę
nie wpuszczono nas na teren zakładu. Usłyszeliśmy, że Marka N. nie
ma i nie życzy sobie rozmów z mediami.
- Nie chcemy żadnych kontaktów. Dla was go nigdy nie będzie -
rzuciła przez płot jedna z pracownic domu.
W czwartek ponowiliśmy próbę kontaktu, tym razem przez telefon.
W słuchawce usłyszeliśmy kobiecy głos. - Już raz panu mówiłam, że
prezesa nie ma i nie życzy sobie żadnych wywiadów. Nie chcemy, żeby
nas ktoś skrzywdził. Odpowiedź na zarzuty będzie w sądzie - powiedziała
kobieta, która nie chciała się przedstawić.
Kontrolę udało się natomiast przeprowadzić inspektorom Śląskiego
Urzędu Wojewódzkiego. W październiku stwierdzili przeludnienie,
brak warunków godnego umierania i brak możliwości sprawowania opieki
nad pensjonariuszami przez osoby bliskie. Efektem kontroli jest
decyzja o wykreśleniu ośrodka z listy niepublicznych ZOZ-ów.
Trzy paragrafy
Oprócz zarzutu znęcania się nad pensjonariuszami prokurator postawił
Markowi N. dwa inne, choć w porównaniu z tymi przestępstwami wydają
się zupełnie nieważne. Prezes oskarżony jest więc również o niewpuszczenie
na kontrolę Państwowej Inspekcji Pracy oraz przywłaszczenie pieniędzy
pensjonariusza, które ten przekazał mu na zakup mebli. Jak wynika
z rachunków, kierownik nie wykorzystał całej sumy, więc resztę powinien
oddać, lecz tego nie zrobił. Gdyby za każde przestępstwo otrzymał
oddzielny wyrok, groziłaby mu kara nawet do 13 lat pozbawienia wolności.
- Marek N. nie przyznaje się do żadnego z zarzucanych mu czynów.
Twierdzi, że zawsze ludzi pozostających pod jego opieką traktował
z szacunkiem i powinni mu być za to wdzięczni. Przyznam się, że
mieliśmy wątpliwości, co do jego poczytalności więc skierowaliśmy
go na badania psychiatryczne. Biegli stwierdzili jednak, że ma w
pełni zachowaną zdolność rozpoznawania znaczenia czynów - mówi prokurator
Marian Wróbel. |