| wstecz
O istnieniu dps w Łodzi nie wiedział
nikt cz. 1
(aut. Marcin Kwintkiewicz, Marcin
Masłowski, Gazeta
Wyborcza 26.07.2004; DPS Forum 9.08.2004)
Nielegalny dom starców
W centrum Łodzi w parku Poniatowskiego działa od ponad pół roku
dom pomocy społecznej. Urzędnicy nic o tym nie wiedzą...
Park im. ks. Józefa Poniatowskiego. Tuż obok kortów tenisowych
stoi wśród drzew należący do miasta pałacyk. Na budynku nie ma żadnej
tabliczki informacyjnej ani adresu. W oknach - twarze staruszek.
Dzwonimy do furtki. Po kilku minutach zostajemy wpuszczeni do środka.
W pałacyku w jednej z sal na parterze na fotelach i łóżkach siedzi
osiem czy dziewięć starych kobiet. Wszystkie wpatrują się w wyłączony
telewizor. Obok łazienka (jeden sedes i umywalka) i kuchnia. Pokoje
są także na piętrze, choć w budynku nie ma windy.
- Słucham panów? - zatrzymuje nas na korytarzu kobieta w średnim
wieku w cywilnym ubraniu.
Pytamy, co mieści się w budynku? - Nic nie wiem, jestem tu tylko
opiekunką, a właściciela nie ma. Nie znam też telefonu do niego
- wykręca się od odpowiedzi. Podaje nam tylko adres pałacyku - ul.
Żeromskiego 117.
Sprawdzamy, czy pod podanym adresem znajduje się jakaś placówka
w wykazie łódzkich Domów Pomocy Społecznej i Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych.
Urząd Wojewódzki, w którym należy je zgłosić, nic o domu opieki
w parku Poniatowskiego nie wie. A powinien.
Maria Wolska-Prawda z wydziału spraw społecznych Urzędu Wojewódzkiego:
- Od 1 maja każda placówka tego typu, czy to prywatna czy publiczna,
musi zgłosić swoją działalność u nas. Dzięki temu możemy odpowiednio
je kontrolować i nadzorować.
Pałacyk dzierżawi od gminy dr Ewa Wróbel-Nadel, właścicielka przychodni
"Ledan".
- Prowadzę w nim dom opieki nad osobami starszymi od stycznia -
przyznaje. - Nigdzie się nie ogłaszamy, bo zajmujemy się członkami
znajomych rodzin. Tabliczki informacyjnej nie ma, bo ukradli ją
wandale - tłumaczy i zapewnia, że dom jest zarejestrowany: - Ale
nie wiem gdzie, bo tym zajmuje się mój radca prawny.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że za miesięczny pobyt w ośrodku
trzeba zapłacić 1400-1500 zł. Doktor Nadel twierdzi jednak, że nie
wie, ile pieniędzy dostaje od rodzin pensjonariuszek. Przekonuje
też, że zatrudnione przez nią pielęgniarki mają umowy o pracę. -
Od lat robię dla ludzi wiele dobrego i nie rozumiem tej napaści
na ośrodek - żali się.
Rozmowa z pracownicą domu opieki z parku Poniatowskiego
"Gazeta": Ma Pani umowę o pracę?
Pracownica (nazwisko do wiadomości redakcji): Odkąd tu pracuję,
nie widziałam jej na oczy. Podobnie jak moje niektóre koleżanki.
A kto tutaj pracuje?
- W domu zatrudnione są praktycznie same pielęgniarki rekrutowane
z różnych szpitali i przychodni. Jedna z moich znajomych spytała
mnie, czy chcę dorobić. Zgodziłam się, ale nie wiem, jak długo wytrzymam.
Zajmuję się wszystkim: sprzątam, gotuję, karmię i myję podopieczne,
piorę. Wśród personelu jest duża rotacja, bo nikt nie chce pracować
za grosze.
Czy oferowana przez dom opieka jest profesjonalna?
- Nie do końca, choć się staramy. W nocy na dyżurze jest tylko
jedna pielęgniarka, nie ma żadnej ochrony. Pralka, stara "Frania",
jest w kuchni, czasem brakuje środków higieny, np. pampersów. Tych,
co gotują, nikt nie pytał o książeczki zdrowia. Nigdy też nie widziałam
żadnej kontroli z sanepidu. Tak do końca nie rozumiem, jak ten dom
funkcjonuje i gdzie właściwie pracuję.
Przeczytaj część 2... |