|
wstecz
Skandalicznie zła opieka w Zaciszu
(aut. Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak;
Gazeta
Wyborcza 26.09.2003; DPS Forum 30.09.2003)
przeczytaj wszystkie
materiały na ten temat...
Umieranie w Zaciszu. Skandalicznie zła opieka nad starszymi
prowadzi do tragedii
W podłódzkim domu opieki Zacisze zmarła pacjentka, której nikt
nie dał jeść ani pić. Zacisze to nie wyjątek, to norma - mówi dyrektor
pogotowia
Willowa część podłódzkiego Konstantynowa. Dwupiętrowy dom typu
klocek nie wyróżnia się spośród innych. Stoimy we dwóch - dziennikarz
i lekarz z 20-letnim stażem Jerzy Figat. Na domu opieki Zacisze
żadnego szyldu, jeśli nie liczyć: "Uwaga, zły pies!".
Pani w kuchennym fartuchu podchodzi do furtki. Mówimy, że szukamy
domu dla naszej 70-letniej, schorowanej cioci. Czy są miejsca? Są,
kobieta zaprasza do środka.
Uwaga schody
Na lewo zagracony pokoik - to biuro. Kobieta pyta, czy ciocia nie
jest agresywna. Nie jest, więc ustalamy szczegóły.
Kobieta recytuje: - Miesięcznie 1100 zł. Całodobowa opieka pielęgniarska,
konsultacja lekarza dwa razy w tygodniu, cztery posiłeczki dziennie,
pranko i pielęgnacja. No i miła atmosferka. Leki i pampersy trzeba
kupować dodatkowo.
Pora zobaczyć, gdzie ciocia zamieszka. Na piętro prowadzą wąskie,
strome schody (tabliczka "uwaga schody"). Ciasne pokoje
ze starymi, szpitalnymi łóżkami, brudna pościel. Duży pokój to świetlica
i gabinet zabiegowy w jednym - tu szafka z lekami i parawan, a obok
dwie staruszki wpatrują się w wyłączony telewizor.
Ze świetlicy drzwi na taras. - Tu latem wychodzą podopieczni -
mówi nasza przewodniczka. - Można się poopalać, są parasoleczki.
Ale teraz już po sezonie i drzwi zamknięte [na dworze ok. 25 stopni
- red.]. Do ogrodu na dole chorzy nie wychodzą.
Próbujemy zagadnąć pensjonariuszy, ale bez efektu. Ubrani w pidżamy
lub swetry, apatyczni, nie reagują na obcych.
Wychodząc, mamroczemy pod nosem, że jeszcze się zastanowimy, przemyślimy,
zadzwonimy.
Natychmiast zamknąć!
Mówi dr Jerzy Figat: - Normalny gułag. Nie spodziewałem się, że
można stworzyć taki "dom opieki". Warunki urągają podstawowym
zasadom bezpieczeństwa starszych ludzi. Brak windy - strome schody
bez bezpiecznej poręczy. Ciężko po nich sprowadzić starszą osobę,
nie wiem, jak sama miałaby zejść na dół. Próba zniesienia na noszach
to byłaby akrobacja. W praktyce ci ludzie są uwięzieni na swoich
piętrach.
W całym domu wyraźnie czuć odór moczu. Pożal się Boże sanitariat
- żadnych uchwytów czy mat antypoślizgowych. Prysznic nieprzymocowany
do ściany. Jak zniedołężniały człowiek ma się tam umyć?! Zresztą
oni sprawiali wrażenie niedomytych.
Czy ci ludzie nie byli aby pod działaniem jakichś leków uspokajających?
Obojętni, nieobecni. Zero możliwości wyjścia na dwór! I każe im
się czekać do lata na otwarcie tarasu.
Nie mam słów. Gdybym miał taką władzę, natychmiast bym to zamknął.
Przecież to nie jest fabryka guzików!
Pan Józef
Ojciec Katarzyny Piasecznej z Bełchatowa - pan Józef - ma 74 lata
i cierpi na chorobę Alzheimera. Po trzech dniach w Zaciszu zostały
mu blizny na rękach i głowie. - Popatrzcie - pani Katarzyna pokazuje
zdjęcia sprzed pół roku. Sina połowa twarzy, zapuchnięte oko, krwiaki
na rękach.
Pani Katarzyna opowiada: - Oddałam tam ojca w kwietniu, bo robiłam
w domu chrzciny. A to wiadomo - zamieszanie, dużo ludzi. Dla taty
stres i dla nas kłopot. Zacisze znalazłam z ogłoszenia. Zawiozłam
ojca, zapłaciłam 150 zł za trzy dni, dałam leki, zostawiłam nr telefonu.
Mówię: dzwońcie, jakby coś się działo. Tymi schodami byłam zaniepokojona,
bo tata lubi pochodzić, nawet w nocy. Uspokajali, niech się pani
nie martwi, są pielęgniarki. Przyjechałam po trzech dniach, a tu
szok. Tata pozaklejany plastrami, zakrwawiony, na jedno oko nie
widzi, siedzi bezwolnie na taborecie, jakby był na prochach. Na
ręku rana do żywego mięsa. Ja w krzyk: co się stało, dlaczego nie
zadzwoniliście, czy był lekarz?! Nie zadzwonili, bo przecież nic
się nie stało. Tata tylko upadł. Lekarza nie wezwali, bo nie było
potrzeby. To ja ojca w samochód i na policję. Złapali się za głowę.
Kazali złożyć doniesienie o przestępstwie.
Jeszcze tego samego dnia pani Katarzyna skontaktowała się z właścicielem
Zacisza. Przyjechał, obejrzał staruszka. Za "nierobienie zamieszania"
zaproponował kamerę wideo. - Odmówiłam. Chcę zamknąć tę budę.
Pan Józef przysłuchuje się naszej rozmowie. Kiedy córka opowiada
o wypadku, ożywia się, mówi coś podniesionym głosem, pokazuje na
rękę i głowę.
Kilka dni temu do Katarzyny Piasecznej z Bełchatowa przyszło postanowienie
prokuratury o umorzeniu postępowania w sprawie obrażeń jej ojca.
Prokurator nie dopatrzył się przestępstwa.
Gmina wpisała i już
Przedsiębiorstwo Usługowe "Zacisze" zarejestrowane zostało
w gminie Konstantynów Łódzki. Wiesław Pękala zgłosił w lutym 1999
r działalność gospodarczą tak, jak zgłasza się handel cementem czy
budkę z hot dogami. W rubryce "charakter działalności"
napisano: "opieka nad chorymi i starszymi".
- I już? - pytamy.
- I już - mówi Bernard Cichosz, rzecznik burmistrza Konstantynowa.
- Działalność gospodarcza prowadzona jest zgodnie z wpisem.
Urzędnicy nie sprawdzali, co dzieje się w Zaciszu, ale rzecznik
zapewnia, że wszystko jest w porządku. - Opiekę zapewniają lekarze
i pielęgniarki. Lekarze nie wiem, czy na stałe, ale pielęgniarki
tam są.
Nawet zresztą gdyby jakieś sygnały były, urząd - zdaniem Cichosza
- nie może zabronić wpisanej do rejestru działalności, wpisu też
wykreślić nie wolno.
- Najwyżej możemy powiadomić policję - mówi rzecznik.
Pani Genowefa
Maria Pawłowska z Łodzi mówi, że trudna sytuacja rodzinna zmusiła
ją dwa lata temu do umieszczenia mamy w domu opieki. Pani Genowefa
(wówczas 75 lat, zaawansowany alzheimer) trafiła do Zacisza. - Gdy
jechałam do mamy bez zapowiedzi, znajdowałam ją nieumytą, niedbale
ubraną. Raz mimo gorąca miała na sobie trzy swetry. Upominałam pielęgniarki,
pytałam, czemu mama ma brudne włosy, nieobcięte paznokcie. Uspokajały,
że "mama była kąpana przedwczoraj".
Lipiec tego roku, upał. Wezwanie do łódzkiego pogotowia ratunkowego:
- Konstantynów, prywatny dom pomocy społecznej.
Lekarz: - Zastałem chorą bez kontaktu słownego, w stanie ciężkim.
To było skrajne odwodnienie. Objawy: wysuszona skóra, wysuszony
język, niskie ciśnienie. To musiało trwać minimum dwie-trzy doby.
Pacjentka nie piła, nie była nawadniana, prawdopodobnie nie jadła.
Karetka zawiozła panią Genowefę do szpitala, ale było za późno.
W nocy zmarła.
Zacisze jest dobrze znane łódzkiemu pogotowiu. - Częste wezwania
- mówi dr Janusz Morawski, wicedyrektor stacji. - Kilkakrotnie do
złamań szyjki kości udowej. Wynik przewrócenia się staruszka. To
znaczy, że opieki tam nie ma.
W Zaciszu nie ma na stałe lekarza. 11 pacjentami zajmuje się pielęgniarka,
dwa razy w tygodniu zagląda dr Juliusz Kamerys z miejscowej przychodni.
Mówi, że gdy pierwszy raz poszedł do Zacisza, miał złe wrażenia.
Pytamy, czemu nie alarmował. Długa cisza.
O śmierci pani Genowefy nie ma nic do powiedzenia - był wtedy na
urlopie.
Śledztwo trwa
Lekarz, który zawiózł umierającą panią Genowefę do szpitala, napisał
notatkę służbową. Dyrektor pogotowia zawiadomił prokuraturę. Ta
rozpoczęła śledztwo w sprawie "narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo
utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu".
Ewa Wiśniewska, zastępca prokuratora rejonowego w Pabianicach:
- Przesłuchaliśmy część świadków, czekamy na dokumenty medyczne.
Na razie nie przedstawiliśmy zarzutów.
Wyniki sekcji zwłok nadejdą na dniach.
Zacisze zaprasza
Właściciel Przedsiębiorstwa Usługowego "Zacisze" nie
zgadza się na spotkanie.
- Jak się sprawa wyjaśni, możemy porozmawiać. Nawet jak mnie zamkną,
to mnie znajdziecie na Smutnej [siedziba aresztu - red.].
Pytamy o śmierć pani Genowefy. - Nie jestem lekarzem, na medycynie
się nie znam.
A pan Józef z Bełchatowa?
- Przypadek rządzi wszystkim, a u mnie były dwa takie przypadki...
Wiesław Pękala nadal ogłasza się w mediach. Chętnym wręcza wizytówkę,
na której pielęgniarka głaszcze po ręce uśmiechniętego, starszego
pana leżącego na łóżku.
Nazwiska części bohaterów zostały na ich prośbę zmienione. |